Portal dwutygodnika
Strona główna Poza koleją Niczego się nie uczymy

Poza koleją

Niczego się nie uczymy

 

Rok temu oficjalnie zmarł malutki chłopiec, Szymon Lutek. W warszawskim szpitalu trzech lekarzy zdecydowało o odłączeniu go od aparatury podtrzymującej życia. Minął rok, a ani rodzice chłopca, ani my – opinia publiczna – nie wiemy wciąż nic na temat tego, co się stało.

Polski Alfie Evans – tak Szymonka okrzyknęły media, głównie społecznościowe, choć w rzeczywistości tych dwóch chłopców różniło bardzo wiele. Szymon urodził się w Radomiu. Po szczepieniu, oczywiście obowiązkowym, zaczął się dziwnie zachowywać. Tak bardzo dziwnie, że radomski szpital nie był w stanie go ratować, został śmigłowcem przewieziony do Warszawy.

Był początek roku, bodajże luty, kiedy rodzice usłyszeli od szpitalnego personelu na warszawskiej Pradze, że „nie będą wentylować zwłok”.

Rozumiecie państwo, co to znaczy dla rodzica usłyszeć z ust lekarza coś takiego na temat swojego dziecka?

Ktoś komuś powiedział, ktoś gdzieś coś napisał i o chłopcu dowiedziała się cała Polska. Po interwencjach u pani dyrektor szpitala sytuacja trochę się zmieniła. Nie na zawsze, ale na kilka miesięcy.

Do czerwca. Wtedy nastąpiło drugie podejście. W sprawę byli zaangażowani najważniejsi ludzie w polskiej medycynie: minister zdrowia, rzecznik praw dziecka, konsultanci krajowi. Tylko rodziców nikt nie słuchał. Zebrali oni pieniądze na transport chłopca, byli lekarze ze Stanów Zjednoczonych i z Włoch, którzy dawali nadzieję.

Byli lekarze – profesorowie! – z Polski, którzy mówili, że nie istnieje coś takiego, jak „śmierć mózgu”, że tylko Bóg może decydować o życiu i śmierci.

Na nic to wszystko się zdało. Szpital zaprosił rodziców na godzinę 10, a o godzinie 9 odłączono chłopca od aparatury. 18 czerwca. Rok temu.

Toczyło się i wciąż toczy kilka postępowań prokuratorskich. Na dzisiaj wciąż nie wiemy nic. Nie wiemy oficjalnie, co doprowadziło do takiego stanu zdrowego chłopczyka.

Problem jest dużo głębszy, bo śmierć Szymona niczego nas nie nauczyła. W normalnej sytuacji można byłoby się spodziewać, że zareaguje państwo. Że wszystkie możliwe służby natychmiast sprawdzą każdy trop, skoro na szali jest życie i zdrowie tysięcy innych dzieci.

Jeśli rodzice podejrzewali, że stan chłopca miał związek ze szczepionką, jeśli niezależne badanie jej składu pokazało, że znacząco różni się on od deklarowanego przez producenta, to opłacane przez podatników służby powinny natychmiast wszystko zabezpieczyć i gruntownie sprawdzić.

Stowarzyszenie Stop NOP przekazało ponad sto pięćdziesiąt informacji o poważnych powikłaniach po tej serii szczepionki, którą dostał Szymon. Precyzyjnie opisanych, z danymi rodziców. Nikt się tym nie przejął, nikt tego nie sprawdził.

Teraz minister zdrowia twierdzi, że czekamy na szczepionkę przeciwko koronawirusowi. Szczepionkę przeciwko chorobie, którą większość z nas przechodzi „bezobjawowo”. Minister chciałby, żeby ta szczepionka była obowiązkowa, a przypomnę delikatnie, że w sytuacji zagrożenia epidemicznego lub epidemii „obowiązkowa” znaczyć może „przymusowa”.

W normalnej sytuacji szczepionka jest badana kilka lat, a nie kilka miesięcy. Jej skuteczność jest mniej istotna niż bezpieczeństwo, a mimo to zdarzają się takie powikłania, które kończą się śmiercią.

Na całym świecie tak się dzieje. W Stanach Zjednoczonych każdego roku wypłaca się gigantyczne odszkodowania dla ofiar powikłań poszczepiennych. Tylko w ubiegłym roku 404 osoby otrzymały łącznie 144 miliony dolarów.

W Polsce nie ma tematu. Giną dzieci – nikt nie odpowiada. Są okaleczone na całe życie – rodzice szukają pomocy na internetowych zrzutkach.

Niczego się nie nauczyliśmy. Wciąż liczymy na to, że lekarze wiedzą lepiej, że rząd wie lepiej, a nawet jeśli nie – to że nas nie spotka nic złego. Jak dzieci w przedszkolu zamykamy oczy i udajemy, że ZŁO nas nie zauważy.

18 czerwca pod szpitalem na Niekłańskiej zapłonęły znicze. Obiecaliśmy, że nie zapomnimy o Szymonku i nie zapomnieliśmy.

Paweł Skutecki

Kategoria:
Skuter13 satin pl