Portal dwutygodnika
Strona główna W numerze Herbata przed burzą

W numerze

Herbata przed burzą

Jeszcze nawet na swoim pierwszym posiedzeniu nie zebrał się nowo wyłoniony Sejm Rzeczypospolitej Polskiej IX kadencji oraz Senat X kadencji (swoją drogą pojęcia nie mam skąd ta rozbieżność w kadencjach obu izb parlamentu), a już de facto wszyscy zdążyli zapomnieć o październikowych wyborach, które to ponoć miały być fundamentalne względnie przełomowe, a już z całą pewnością najważniejsze od 30 lat.

Owszem, ciągle toczy się swoista gra o tron, czyli o skonfigurowanie minimalnej, najmniejszej z możliwych większości 51:49 w tzw. „izbie zadumy”, ale poza tym wszystko ułożone, dogadane, zero emocji i zasadniczo „będzie tak, jak było”, aczkolwiek znów nie po myśli słynnej reżyserki.

Być może ta zaskakująca flauta spowodowana jest faktem, że właściwie nikt poza moim ulubionym Jasiem Władkiem Kosiniakiem-Kamyszem Fasolą (o nim zresztą szerzej za chwilę) nie poczuł się w pełni zwycięzcą minionych wyborów, lecz wszyscy są po trochu mniej lub bardziej rozczarowani ich rezultatem. Vox populi jednoznacznie orzekł, iż dobra zmiana jest na tyle dobra, że póki co lepszej nie trzeba, a z drugiej strony wyraźnie dał do zrozumienia neo-marksistowskim jakobinom, że chwilowo mogą zwijać swoje tęczowe flagi, gdyż czas rewolucji kulturowej jeszcze (i chwała Bogu!) w Polsce nie nadszedł. Innymi słowy, prozaiczne status quo, czy wręcz ciszej nad tą urną.

Ponieważ jednak życie, także to polityczne, nie znosi próżni, zatem każda cisza jest niejako ciszą przed burzą i jej pierwsze, coraz głośniejsze pomruki, słychać już wyraźnie.

Nieoczekiwanie głównym „rider of the storm” nowego, powyborczego rozdania, okazał się anonsowany wcześniej przeze mnie Władysław Kosiniak-Kamysz i tym razem powstrzymam się od moich zwyczajowych porównań szefa Ludowców do słynnego brytyjskiego komika, gdyż sytuacja z komedii może wkrótce zmienić się w dramat.

Pan Władek strasznie bał się wyniku październikowych wyborów i wcale tego nie ukrywał. Wraz ze swoim nowym przyjacielem, by nie powiedzieć – towarzyszem Kukizem, biegał po wszystkich mediach z miną skazańca i drżącym głosem żebrał o każdy głos, gdyż nieprzekroczenie 5-procentowego progu wyborczego oznaczałoby w praktyce koniec ugrupowania, na którego czele stanął, przejmując schedę po Januszu Piechocińskim, którego chyba mało kto już dziś pamięta i nic w tym dziwnego.

Po prawdzie, niewielu było takich, którzy wróżyli sukces Kosiniakowi-Kamyszowi i przyznaję bez bicia, że i ja do takowych się zaliczałem, jeśli już mgliście zakładałem wejście PSL do nowego parlamentu, to tylko na zasadzie przeczołgania się przez ów próg małym ułamkiem głosów. Po raz kolejny jednak wola suwerena zaskoczyła nie tylko mnie, ale i najwybitniejszych specjalistów w naszym kraju i Ludowcy nie tylko, że przeczołgali się przez próg, ale wykonali przezeń całkiem atrakcyjny skok niczym w rytm obertasa, coby było raz na ludowo!

Wiadomo, że to, co dla jednych jest podłogą, dla innych jest sufitem i dlatego te 8,5 procenta głosów, może i samo w sobie niezbyt imponujące, spowodowało szczery wybuch radości podczas wieczoru wyborczego w siedzibie sztabu PSL.

Jakkolwiek zatem doskonale można zrozumieć zadowolenie w szeregach tego ugrupowania, o tyle euforyczny stan, w jaki wpadł sam Kosiniak-Kamysz, budzi moje zdziwienie. Fakt, że mając głowę na pieńku uniknął on topora, nie oznacza jeszcze, że nagle otworzyły się przed nim wrota prezydenckiego pałacu, a zdaje się, że pan Władek zaczął postrzegać siebie, jako Głowę Państwa.

Jeszcze mocniej utwierdziło go w tym przekonaniu, niemal oficjalne namaszczenie przez – rezygnującego z wyścigu o prezydenturę – Donalda Tuska, jak również coraz bardziej widoczne promowanie jego osoby przez główne media liberalne. To mimo wszystko jednak wydaje się trochę za mało w kontekście ewentualnego sukcesu w wyborach na wiosnę przyszłego roku.

Tak, czy inaczej, szef Ludowców, swoją konkretną deklaracją kandydowania w prezydenckiej elekcji spowodował burzę w szeregach opozycji, całkowicie na chwilę obecną nieprzygotowanej do tego wydarzenia. Zaczęło się od nerwowej, mało w sumie śmiesznej szydery ze strony działaczy PO (bądź, co bądź jeszcze niedawnego koalicjanta) o ośmiu i pół procentach, które zaszumiały w kosiniakowej głowie, a tuż potem w mediach pojawiła się Kidawa-Błońska z własną deklaracją, że ona także jest silna, zwarta oraz gotowa, by stanąć w szranki w boju o najwyższą funkcję w Państwie.

Wyglądała przy tym jak zwykle, w sensie żadnej siły ani gotowości nie było w tej kobiecie widać, no, ale jak może być widać coś, czego nie ma i nigdy nie było? Kręgi decyzyjne PO, widząc charakterystyczną werwę pani Małgorzaty stwierdziły, że jakkolwiek jest ona naturalną kandydatką tej partii, to cały czas dopuszczają oni możliwość wystawienia kogoś innego. Prawdę powiedziawszy, nie dziwię się.

Na Lewicy nie mniejszy bałagan, tam w ogóle nikt nic nie wie. Pojawiają się jakieś mrzonki o prawyborach w ramach tej formacji, tu i ówdzie ktoś wyskoczy z propozycją wystawienia Biedronia lub Zandberga, ale wszystko to palcem na wodzie pisane.

Z drugiej strony oni przecież mogą wystawić kogokolwiek, gdyż żaden przedstawiciel SLD wraz z przystawkami nie ma najmniejszych szans choćby na drugą turę wyborów, nie mówiąc o zwycięstwie… Tak, więc te wszystkie dywagacje wydają się być w ogóle trochę bezprzedmiotowe.

Prezydencka burza dopiero się zaczyna, z biegiem czasu na pewno będzie ostrzej, głośniej i bardziej agresywnie, a im większy hałas się rozlegnie, tym bardziej zyskiwać będzie obecnie urzędujący Prezydent, jako ostoja spokoju i stabilności.

Jednakże błędem byłoby zupełne lekceważenie, na dzień dzisiejszy wciąż nieuporządkowanej oraz targanej wewnętrznymi konfliktami opozycji. Był już wszak taki jeden, który pilnując żyrandola słodko sobie zasnął, a gdy się obudził, było już po przysłowiowej herbacie.

Marian Rajewski

Kategoria:
MArian01 poradnikzdrowie