Portal dwutygodnika
Strona główna Aktualności Z trzeciej strony: Pociąg

Aktualności

Z trzeciej strony: Pociąg

Pisząc ten felieton nie znam wyników wyborów z 13 października. Mógłbym więc trochę pospekulować. Ale po co… Wiadomo: program „zjednoczonej” opozycji, jak to ujął prezes Jarosław Kaczyński – czterogłowej partii postkomunistycznej – opiera się na jednym: odsunąć od władzy faszystów i siepaczy z PiS-u lub stworzyć kordon sanitarny przed postępującą już 4 lata recydywą IV RP. A jest jeszcze przecież trochę grosza do wyrwania…

Przypomnę tylko… Meksykiem przez 71 lat, do 2000 roku, rządziła Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna, wygrywając wybory 14 razy z rzędu! I nie żebym coś prorokował… Jeno przypominam…

A zatem… Jak już kurz bitewny opadnie, zaczną się podsumowania, analizy, opinie… Wyciąganie wniosków, także personalnych.

Ale ja nie o tym chcę, bo myślę, że długo jeszcze będziemy wracać do tej kampanii i samych wyników wyborów.

Chciałbym trochę miejsca poświęcić temu, co jakby „wyszło” przy okazji całej batalii wyborczej.

Oczywiście nie sposób zapomnieć o jednej z „gwiazd”, czyli Sławomirze Neumannie i jego taśmach. Warto rzecz jasna sięgać do „meritum” opisu kuchni politycznej Platformy Obywatelskiej, która wyziera ze słowotoku, okraszonego słowami powszechnie uznawanymi za nieparlamentarne, by ująć to delikatnie…

Mnie interesują okoliczności stworzenia tychże taśm, a może bardziej to, że niemal półtora roku przeleżały one w redakcji lokalnej gazety (mowa oczywiście o Tczewie). Jako człowieka mediów, niepokoi mnie to, że brak było odwagi dziennikarzy, by opublikować nagrania już w roku 2018.

Pokazuje to niestety fatalny obraz tzw. prowincji i tego, jak dwadzieścia lat od reformy samorządowej doprowadziły do sytuacji, że jest kompletny brak kontroli ze strony mediów lokalnych tamtejszych władz. One to albo są w posiadaniu swojej gazety bądź robią wszystko, aby nie pojawiła się jakieś na przykład konkurencyjne pismo, które mogłoby patrzeć na ręce władzy i nagłaśniać wszelkie nieprawidłowości. I żeby była jasność, dotyczy to wszystkich partii, bez względu na barwy.

Tczew jest tu dowodnym przykładem, że można niewygodne rzeczy po prostu próbować ukryć. Bo przecież lokalna gazety „żyje” głównie z przychylności lokalnej władzy, bo to od niej można uzyskać gros przychodów z tytułu publikacji informacji gminnych lub ogłoszeń o przetargach.

Ponadto przychylność samorządowej władzy, to i łatwiejszy dostęp do lokalnych przedsiębiorców, którzy przecież najczęściej pozyskują zamówienia od wójta, czy burmistrza.

Znam przykład, kiedy w jednej z gmin lokalny przedsiębiorca, który zaczął wydawać tygodnik o zasięgu gminnym, po pierwszych numerach okazało się, że gazeta jest poczytna i trzeba było zwiększyć nakład.

Jednak dość szybko pojawiły się problemy z dystrybucją, bo właściciele punktów handlowych zaczęli rezygnować z przyjmowania kolejnych numerów pisma, nieoficjalnie dając do zrozumienia, że władza jest nieprzychylna temu, co tygodnik pisze na jej temat, i sugerowała, by dać sobie spokój ze współpracą z tym niezależnym pismem.

Oczywiście wyrażano żal, ale: „Wicie, rozumicie”. No bo ten, czy ów prowadzi działalność gospodarczą w lokalu gminnym lub pozyskuje zlecenia od wójta…

Łatwo można było zgadnąć, że ów tygodnik za jakiś czas zakończył działalność, ku uciesze wójta, który nie krył nawet zadowolenia z tego faktu…

To miało miejsce lata temu. Teraz jest Internet, który daje większe możliwości i może walczyć z ograniczeniami. Ale jednak wydanie papierowe w takich środowiskach, to co innego. Bo jeszcze długo gazeta na papierze, to jednak jest prawdziwa gazeta, a nie jakiś portal internetowy.

Jednak należy zwrócić uwagę, że takie mechanizmy, jak w przywołanej gminie, funkcjonują na szczeblu centralnym.

Tuż przed wyborami  sporo czasu poświęciłem na śledzenie tego, co dzieje się na antenie TVN24. I tam to usłyszałem z ust Pani doktor, politologa z Uniwersytetu Warszawskiego, słowa, które wypisz wymaluj pasują do „syndromu tczewskiego”, że tak go nazwę.

Otóż owa Pani pomstowała na telewizję publiczną, że publikuje nagrania Sławomira Neumanna. Że to oburzające, przecież to nielegalne nagrania! Że za „moje” pieniądze TVP prowadzi agitację wyborczą na rzecz jednej partii.

I na koniec rzuciła – i to jest sedno tejże wypowiedzi: „Kiedyś tego nie było”.

No właśnie: nie było, bo cały przekaz był na przysłowiowe jedno kopyto. Nieważne, czy to były media publiczne, czy komercyjne, zawsze było jedynie słusznie. Po linii i na bazie… A niewygodne tematy grzęzły gdzieś w biurkach redaktorów, jak we wspomnianej „Gazecie Tczewskiej”.

I znów gwoli wyjaśnienia… Nie wszystko mi się podoba w TVP. Jednak biorę poprawkę na tę, tak potrzebną dywersyfikację przekazu informacji. By właśnie taśmy Neumanna, czy innego przysłowiowego Jana Kowalskiego, mogły ujrzeć światło dzienne…

Chociaż trzeba też i pamiętać, że zgodnie z prawem Murphy’ego: Światełko w tunelu – to reflektory nadjeżdżającego pociągu.

Mirosław Lisowski - podpis

Kategoria: ,
strona21