Portal dwutygodnika
Strona główna Poza koleją

Poza koleją

Młodzi ludzie przez kilka godzin mogli poznać smak świata, który pamiętają ich rodzice. Świata bez Facebooka, Instagrama, Messengera. Sześć godzin detoksu od serwisów Marka Zuckerberga moim zdaniem zmieniło świat na zawsze, bo zobaczyliśmy, że niemożliwe jest… realne. 

To, co zbudował Mark Zukerberg, musi budzić respekt. Facet jest mistrzem. Mistrzem zła. O skali, o rozmachu tej wieży Babel niech świadczy informacja, że kiedy kilka dni temu pojawiły się problemy techniczne, Mark Zuckerberg w ciągu kilku godzin zbiedniał o… siedem miliardów dolarów. MILIARDÓW DOLARÓW. 

Robi wrażenie? Na nim pewnie nie, bo jego majątek netto szacuje się na prawie 123 miliardy dolarów. To nie są pieniądze, które można sobie wyobrazić. 

Kolos na glinianych nogach, jak wszystkie dotcomy? Niekoniecznie. Facet zbudował globalny monopol, który realnie wpływa na wszystko, od światowej gospodarki do wyborów w poszczególnych państwach. Mało tego: stworzone przez niego narzędzia służą do globalnej inżynierii etycznej, moralnej, kulturowej, technologicznej i każdej innej. 

A teraz cała ta misterna konstrukcja zachwiała się, bo w ciągu kilku godzin najpopularniejsze adresy nie odpowiadały na coraz bardziej rozpaczliwe próby podejmowane przez niezliczone masy użytkowników nagle, bez ostrzeżenia odciętych od swoich dopalaczy. 

Nie przesadzam: miliony Polaków przestały mieć co robić w ten piękny wieczór. Dosłownie. Wcześniej na Facebooku można było spotkać 18 milionów Polaków. Masa. Armia. Każdy z nich codziennie zostawiał średnio jednego lajka, czyli reagował, współtworzył, był i czuł się ważny, nawet wtedy, kiedy cała aktywność sprowadzała się do szerzenia zła i nienawiści, czyli popularnego dzisiaj hejtu. Do tego dołóżmy ponad dziewięć milionów użytkowników Instagrama, gdzie średnia wieku jest nieco niższa. A potem doliczmy miliony użytkowników WhatsAppa. I na dodatek masę użytkowników komunikatora Messenger. 

Można oczywiście żartować z tych, którzy nagle zostali bez kontaktu z bliskimi, bez „wiedzy tajemnej” dostępnej wyłącznie na zamkniętych grupach dyskutantów, bez zgoła mało intelektualnych podniet serwowanych przez instagramowe influencerki. Można, ale po co? 

Problem jest bardzo realny i będzie miał realne konsekwencje. Z tych milionów użytkowników, rozmawiamy tylko o Polsce, tysiące osób jest zwyczajnie uzależnionych od któregoś lub kilku naraz serwisów, które w jednej chwili zamilkły. Część osób poszło spać, część porozmawiało z żywymi ludźmi, część sięgnęło po książkę, ale część włączyło telewizor w poszukiwaniu szybkich, mocnych, ciągłych bodźców. Ile z tych osób zadzwoniłoby po pomoc do psychologa, psychiatry, psychoterapeuty, gdyby ta awaria potrwała dłużej niż sześć godzin? 

O ile to była awaria. Bo nie można wykluczyć, że mieliśmy do czynienia po prostu z elementem wojny toczącej się w świecie, o którym nie mamy pojęcia, między rywalami, których nie potrafimy zdefiniować. Gdyby puścić wodze wyobraźni, to przecież można zapytać, czy jest możliwe, żeby któryś z potężnych reżimów z Chinami, Pakistanem, Indiami czy Iranem na czele był w stanie zrobić zgniłemu Zachodowi takiego psikusa? 

Albo w drugą stronę, czy media tradycyjne – mam na myśli telewizję, bo zapomnijmy na chwilę o zabawkach starszych panów w stylu radia czy papierowej gazety – mogłyby zrealizować starą maksymę, że ten uczynił, komu przyniosło korzyść? A może ruch głębokiej rebelii antysystemowej, który tak szybko i dynamicznie urósł kwestionowaniu pandemii, byłby w stanie zaatakować swoje korzenie? 

A może właśnie koncerny farmaceutyczne obcinając w ten sposób dostęp do niekoncesjonowanej informacji zapewniają sobie monopol na prawdę? Można snuć mnóstwo domysłów, mniej lub bardziej racjonalnych i wiarygodnych. Niby sensu w takim fantazjowaniu nie ma, ale zawsze to ćwiczy umysł, co gorąco polecam w ten piękny jesienny wieczór. 

Moim zdaniem to nie była „zwykła” awaria. Mówimy o biznesie wartym setki miliardów dolarów, tutaj każdy najdrobniejszy element infrastruktury technicznej jest testowany dziesiątki razy. Tu nie ma marginesu błędu, jeśli każda sekunda jest warta krocie. Dokładniej każdą minutę offline rynek wycenił na 20 milionów dolarów. Sekunda kosztowała 324 tysiące. 

To, co się stało w poniedziałkowy wieczór czwartego października, pokazuje nam jeszcze jedno: dzisiaj nie ma mowy o suwerenności, niezależności, niepodległości w kontekście cyberprzestrzeni. Tam rządzi niepodzielnie dosłownie kilka koncernów, kilka osób. A my nie mamy żadnej alternatywy ani dla Facebooka, ani dla Google, ani dla YouTube. 

Tym bardziej trzeba trzymać kciuki za inicjatywę polskich prawicowych mediów niezależnych, które chcą stworzyć własną platformę streamingową. Globalnie nie będzie w stanie podjąć rękawicy z YouTube, ale u nas, na polskim rynku może z powodzeniem powalczyć o widzów spragnionych braku cenzury ideologicznej.

Paweł Skutecki

Podobnie, jak cały NSZZ „Solidarność”, Krajowa Sekcja Kolejarzy NSZZ „Solidarność”, także „Wolna Droga”, jako związkowo-kolejowe pismo od 40 lat gości na polskim rynku prasowym. Z tej okazji postanowiliśmy w kolejnych numerach publikować to wszystko, co o naszej informacyjnej, medialnej działalności myślą Osoby, które na przestrzeni czterdziestolecia w jakikolwiek sposób zaistniały na naszych łamach, bądź współpracowały z redakcją dwutygodnika.

Z przyjemnością będziemy publikować także ocenę 40-lecia „Wolnej Drogi” ze strony Państwa – naszych Szanownych Czytelników. Ponieważ każda ocena naszej działalności ze strony Czytelników jest dla nas bezcenna, zachęcamy Was do przysyłania swoich opinii na adres: wisniewski@wolnadroga.pl, bądź adres redakcji: redakcja@wolnadroga.pl

Redakcja

 

Moja „Wolna Droga”

Każdy jubileusz wzbudza we mnie wspomnienia. Wywołuje różnego rodzaju refleksje. Nie inaczej jest z jubileuszem 40-lecia powstania mojej „Wolnej Drogi”. Myślę, że śmiało mogę mówić „mojej”, bo kawał życia jestem związany z tą gazetą. Z moimi przyjaciółmi z redakcji. Z klimatem, jaki został stworzony przez ten zespół. 

W przyszłym roku minie 30 lat, kiedy zostałem członkiem kolegium redakcyjnego. Ze względów zawodowych (funkcja rzecznika prasowego) prawie 18 lat nie pisałem w gazecie. Wynikało to z etyki dziennikarskiej, która jest dla mnie, jak katechizm. Mimo tego cały czas byłem z „Wolną Drogą”, myślami, spotkaniami z kolegami dziennikarzami, telefonami i e-mailami. W tym okresie dziennik wykorzystywał także moje informacje prasowe dotyczące działalności inwestycyjnej spółki PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. na terenie województw wielkopolskiego, lubuskiego i zachodniopomorskiego. Kiedy w marcu 2019 roku przeszedłem na emeryturę, mogłem wrócić do pisania, nie łamiąc kanonów dziennikarskiej etyki. 

Kiedy w październiku 1980 roku zapisałem się do kolejowej „Solidarności”, nigdy nie przypuszczałem, że za kilka lat zostanę redaktorem związkowego pisma. Co prawda zawsze marzyłem o byciu dziennikarzem, ale bardziej radiowym, muzycznym, takim jak Piotr Kaczkowski. Niestety życie zadecydowało inaczej. Zostałem kolejarzem i absolutnie tego nie żałuję. 

Kiedy na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia ówczesny przewodniczący Okręgowej Sekcji Kolejarzy NSZZ „Solidarność” w Poznaniu zapytał mnie, czy nie chciałbym pisać do kolejowej gazety naszego związku zawodowego, bez chwili wahania przyjąłem tę propozycję, choć byłem zupełnie zielony, jako dziennikarz. Kiedy pierwszy raz jechałem na kolegium redakcyjne do Wrocławia (wtedy dziennikarze „Wolnej Drogi” spotykali się na kolegiach), z moim pierwszym tekstem miałem wielkie obawy, jak przyjmą mnie w zespole „starzy” wyjadacze dziennikarscy z redakcji, którzy z niejednego pieca jedli chleb. 

Moje obawy były płonne. Koledzy dziennikarze okazali się wspaniałymi przyjaciółmi i przyjęli mnie, jak swojego. Olek Wiśniewski, Wojtek Trzmiel (niestety nieżyjący), Zygmunt Sobolewski (także niestety nieżyjący), Mirek Lisowski i Adam Dyląg, dzięki stworzeniu przyjaznej atmosfery pobudzili mnie do lepszego pisania, bo zobaczyłem, jak wysoko zawieszona jest dziennikarska poprzeczka. W moich kolegach znalazłem bratnie dusze. 

Na tamtych kolegiach redakcyjnych rozmawiało się nie tylko nad kształtem każdego numeru gazety, ale także o aktualnej sytuacji na kolei, o światowej polityce, o raczkującej polskiej demokracji, o patriotyzmie. Koledzy opowiadali o strajkach w 1980 roku, o głodówce kolejarzy we Wrocławiu. Te rozmowy jednoczyły zespół redakcyjny. Czuliśmy, że gramy w tej samej orkiestrze, choć byliśmy różnymi ludźmi. Mały pokój redakcyjny w budynku na ul. Piłsudskiego bardzo często pękał w szwach, bo nie mógł pomieścić wszystkich, którzy chcieli porozmawiać o „Solidarności”.

Wtedy „Wolna Droga” ukazywała się raz w miesiącu i była drukowana na gazetowym papierze. Dzisiaj, to nowoczesne, profesjonalne pismo drukowane na dobrym papierze, jako dwutygodnik. Myślę, że wyglądem i zawartością merytoryczną nie ustępuje innym prawicowym dziennikom, mającym duże pieniądze i wielki zespół dziennikarski. 

Choć dzisiaj wszystkie materiały dziennikarskie przesyłamy internetowo, to klimat tamtych kolegiów redakcyjnych nadal towarzyszy naszemu zespołowi. Nic się nie zmieniło, bo nadal rozmawiamy ze sobą, ale już przede wszystkim telefonicznie. 

W tę dobrą atmosferę wpisali się nowi koledzy, którzy piszą w „Wolnej Drodze” od kilku lat: Krzysiu Wieczorek i Paweł Skutecki oraz współpracownicy m.in. Marian Rajewski, Magdalena Talik i Piotr Świątecki. Dzięki mojej „Wolnej Drodze” zostałem dziennikarzem. Spełniły się moje marzenia. 

Zbigniew Wolny

Jesień zapowiada się burzliwie. Oczywiście w sferze politycznej, bo ona – niestety – taką jest od roku 2015. Czyli od wyborów i decyzji suwerena, że to Zjednoczona Prawica ma rządzić.

Jeśli Czytelnik myśli sobie teraz, że zacznę pastwić się nad opozycją, co to z biednych dzieci zrobiła sobie, niczym Niemcy pod Głogowem, żywą tarczę w walce politycznej, to jednak będzie rozczarowany. 

Nie da się już więcej powiedzieć i napisać na temat tychże zachowań. Trafnie ujął to jeden z posłów, że oto na naszych oczach Aleksander Łukaszenka przesunął granicę, bo nagle ponad 170 posłów znalazło się w granicach jego państwa.

Bardzo obrazowy to opis, bo oddaje sedno sprawy i potwierdza prawdę głoszoną przez Lenina o pożytecznych idiotach. 

I tu warto przywołać słowa Jean-Paul Sartre’a, powieściopisarza, dramaturga i filozofa francuskiego, który jeszcze w roku 1973 pisał: „Władza rewolucyjna musi się pozbyć pewnej grupy ludzi, którzy jej zagrażają, a ja nie widzę innego środka niż ich zgładzenie. Z więzienia zawsze można wyjść. Rewolucjoniści z 1793 roku zapewne zabili ich niewystarczająco wielu”.

Zapyta ktoś, a co ma Lenin i Sartre do polsko-białoruskiej granicy? Ano bardzo wiele, gdyż ojciec rewolucji październikowej, to idol i wzór dla Łukaszenki i Putina. Obaj zostali w leninowskiej „religii” wychowani. 

Wiedzą też, że warto mieć na podorędziu rzeczonych idiotów, którzy niczym po jednym kliknięciu zachowują się tak, jak należy, czyli nadają niczym Radio Erewań.

Zatrzymam się jeszcze na chwilę przy Włodzimierzu Illiczu Leninie. Rzekł on: „Kapitaliści sprzedadzą nam sznurek, na którym ich powiesimy”. 

Jakoś dziwnie kojarzą mi się te słowa z Nordstream-em i gazem, który uzależnia Europę od mateczki Rosji.

Idźmy dalej ze skojarzeniami. Lenin w latach młodzieńczych podróżował czasami ze swoim ojcem – urzędnikiem carskim oraz inspektorem szkolnym guberni symbirskiej – po rosyjskich rubieżach. Stykał się z różnymi warstwami społecznymi, ale przede wszystkim narodami. 

I podczas tych wizyt coraz intensywniej zastawiał się, jak zjednoczyć ponad setkę różnych narodowości carskiej Rosji wokół idei rewolucji… 

Co może połączyć różnych Tatarów, Czuwaszów, Inguszy, Kabardyjczyków, Baszkirów, Buriaków, Żydów, Udmurców, Ukraińców, Maryjczyków, Łotyszy, Finów, Białorusinów, Mordwinów, Chińczyków, Rosjan, i wielu, wielu innych?

I Lenin znalazł taki sposób, i to, co ich wszystkich połączy… nienawiść! 

Cała idea czerwonej rewolucji oparta była właśnie na nienawiści, na jej ciągłym podsycaniu. Trochę w myśl zasady starożytnych Rzymian: „dziel i rządź”. Tyle tylko, że Lenin nienawiść zastosował jako bardzo skuteczne i jakże tragiczne w skutkach narzędzie rządzenia.

I teraz zerknijmy z tej perspektywy na poczynania tzw. opozycji totalnej. Donald Tusk powrócił z myślą przewodnią, że należy już nie tylko wywołać nienawiść do Prawa i Sprawiedliwości, ale podnieść ją do najwyższego poziomu pogardy i odczłowieczenia… I skierować przeciwko wszystkim tym, którzy obecną władzę popierają.

I jakoś dziwnie zbiega się to z akcją na wschodniej rubieży i wykorzystywaniu przez Putnia i Łukaszenkę broni demograficznej. 

Znawcy zachowań frustratów politycznych znad Wisły wiedzieli doskonale, jaki efekt wywoła ich działanie. 

I nie mylili się, bo potoki głupoty i cynizmu wylewające się chociażby 29 września w czasie debaty nad stanem wyjątkowym z polskim Sejmu, zaskoczyły pewnie nawet mińskich inspiratorów.

Jako żywo ten spektakl przypomina scenę z „Potopu” Henryka Sienkiewicza, w której to książę Bogusław Radziwiłł tak oto trafnie opisuje Polskę, Polaków… i władzę!

„Jest zwyczaj w tym kraju, iż gdy kto kona, to mu krewni w ostatniej chwili poduszkę spod głowy wyszarpują, ażeby się zaś dłużej nie męczył. Ja i książę hetman postanowiliśmy tę właśnie przysługę oddać Rzeczypospolitej. Ale że siła drapieżników czyha na spadek i wszystkiego zagarnąć nie zdołamy, przeto chcemy, aby choć część, i to nie lada jaka, dla nas przypadła. (…) 

Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem hetmanem powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy.”

Kto zatem Szwedem, Chmielnickim, Tatarem, a kto elektorem?

To żem odbył podróż od Lenina, przez Łukaszenkę, po Radziwiłła… Ale takie to już są nasze losy.

I by na koniec posłużyć się jeszcze jednym cytatem… Już Juliusz Słowacki pisał: „O Polsko! Lecz ciebie błyskotkami łudzą! / Pawiem narodów byłaś i papugą…”.

Mirosław Lisowski

Młodzi ludzie przez kilka godzin mogli poznać smak świata, który pamiętają ich rodzice. Świata bez Facebooka, Instagrama, Messengera. Sześć godzin detoksu od serwisów Marka Zuckerberga moim zdaniem zmieniło świat na zawsze, bo zobaczyliśmy, że niemożliwe jest… realne.

To co zbudował Mark Zukerberg musi budzić respekt. Facet jest mistrzem. Mistrzem zła. O skali, o rozmachu tej wieży Babel niech świadczy informacja, że kiedy kilka dni temu pojawiły się problemy techniczne, Mark Zuckerberg w ciągu kilku godzin zbiedniał o… siedem miliardów dolarów. MILIARDÓW DOLARÓW. Robi wrażenie? Na nim pewnie nie, bo jego majątek netto szacuje się na prawie 123 miliardy dolarów. To nie są pieniądze, które można sobie wyobrazić.

Kolos na glinianych nogach, jak wszystkie dotcomy? Niekoniecznie. Facet zbudował globalny monopol, który realnie wpływa na wszystko, od światowej gospodarki do wyborów w poszczególnych państwach. Mało tego: stworzone przez niego narzędzia służą do globalnej inżynierii etycznej, moralnej, kulturowej, technologicznej i każdej innej.

A teraz cała ta misterna konstrukcja zachwiała się, bo w ciągu kilku godzin najpopularniejsze adresy nie odpowiadały na coraz bardziej rozpaczliwe próby podejmowane przez niezliczone masy użytkowników nagle, bez ostrzeżenia odciętych od swoich dopalaczy. Nie przesadzam: miliony Polaków przestały mieć co robić w ten piękny wieczór. Dosłownie. Wcześniej na Facebooku można było spotkać 18 milionów Polaków. Masa. Armia. Każdy z nich codziennie zostawiał średnio jednego lajka, czyli reagował, współtworzył, był i czuł się ważny, nawet wtedy, kiedy cała aktywność sprowadzała się do szerzenia zła i nienawiści, czyli popularnego dzisiaj hejtu. Do tego dołóżmy ponad dziewięć milionów użytkowników Instagrama, gdzie średnia wieku jest nieco niższa. A potem doliczmy miliony użytkowników WhatsUp. I na dodatek masę użytkowników komunikatora Messenger.

Można oczywiście żartować z tych, którzy nagle zostali bez kontaktu z bliskimi, bez „wiedzy tajemnej” dostępnej wyłącznie na zamkniętych grupach dyskutantów, bez zgoła mało intelektualnych podniet serwowanych przez instagramowe influencerki. Można, ale po co? Problem jest bardzo realny i będzie miał realne konsekwencje. Z tych milionów użytkowników, rozmawiamy tylko o Polsce, tysiące osób jest zwyczajnie uzależnionych od któregoś lub kilku naraz serwisów, które w jednej chwili zamilkły. Część osób poszło spać, część porozmawiało z żywymi ludźmi, część sięgnęło po książkę, ale część włączyło telewizor w poszukiwaniu szybkich, mocnych, ciągłych bodźców. Ile z tych osób zadzwoniłoby po pomoc do psychologa, psychiatry, psychoterapeuty, gdyby ta awaria potrwała dłużej niż sześć godzin?

O ile to była awaria. Bo nie można wykluczyć, że mieliśmy do czynienia po prostu z elementem wojny toczącej się w świecie, o którym nie mamy pojęcia, między rywalami, których nie potrafimy zdefiniować. Gdyby puścić wodze wyobraźni, to przecież można zapytać, czy jest możliwe, żeby któryś z potężnych reżimów z Chinami, Pakistanem, Indiami czy Iranem na czele był w stanie zrobić zgniłemu Zachodowi takiego psikusa? Albo w drugą stronę, czy media tradycyjne – mam na myśli telewizję, bo zapomnijmy na chwilę o zabawkach starszych panów w stylu radia czy papierowej gazety – mogłyby zrealizować starą maksymę, że ten uczynił, komu przyniosło korzyść? A może ruch głębokiej rebelii antysystemowej, który tak szybko i dynamicznie urósł kwestionowaniu pandemii, byłby w stanie zaatakować swoje korzenie? A może właśnie koncerny farmaceutyczne obcinając w ten sposób dostęp do niekoncesjonowanej informacji zapewniają sobie monopol na prawdę?

Można snuć mnóstwo domysłów, mniej lub bardziej racjonalnych i wiarygodnych. Niby sensu w takim fantazjowaniu nie ma, ale zawsze to ćwiczy umysł, co gorąco polecam w ten piękny jesienny wieczór. Moim zdaniem to nie była „zwykła” awaria. Mówimy o biznesie wartym setki miliardów dolarów, tutaj każdy najdrobniejszy element infrastruktury technicznej jest testowany dziesiątki razy. Tu nie ma marginesu błędu, jeśli każda sekunda jest warta krocie. Dokładniej każdą minutę offline rynek wycenił na 20 milionów dolarów. Sekunda kosztowała 324 tysiące.

To, co się stało w poniedziałkowy wieczór czwartego października pokazuje nam jeszcze jedno: dzisiaj nie ma mowy o suwerenności, niezależności, niepodległości w kontekście cyberprzestrzeni. Tam rządzi niepodzielnie dosłownie kilka koncernów, kilka osób. A my nie mamy żadnej alternatywy ani dla Facebooka, ani dla Google, ani dla YouTube. Tym bardziej trzeba trzymać kciuki za inicjatywę polskich prawicowych mediów niezależnych, które chcą stworzyć własną platformę streamingową. Globalnie nie będzie w stanie podjąć rękawicy z YouTube, ale u nas, na polskim rynku może z powodzeniem powalczyć o widzów spragnionych braku cenzury ideologicznej.

Paweł Skutecki

Douglas Stuart „Shuggie Bain” – Wydawnictwo Poznańskie 2021

Wydaje się to wręcz nieprawdopodobne, ale Douglas Stuart został laureatem Nagrody Bookera, najważniejszego lauru w świecie anglojęzycznej prozy, za swój literacki… debiut. Jeszcze bardziej zdumiewająca jest sama pięćsetstronicowa powieść (w pięknym przekładzie Krzysztofa Cieślika), której głównym bohaterem jest wprawdzie tytułowy Shuggie Bain, ale losy jego i jego bliskich zostały misternie wplecione w powojenną historię Wielkiej Brytanii, ze szczególnym uwzględnieniem lat 80. i okresu rządów Margaret Thatcher. Postać piastującej swój urząd przez dekadę premier bezpośrednio się w książce nie pojawia, ale jest dla przebiegu akcji kluczowa. To „Maggie” (jak ochrzciły polityk brukowce), po przeprowadzeniu reform ekonomicznych, uśmierciła górnictwo i hutnictwo skazując wielu ludzi na bezrobocie, którego skutki odczuwane są na Wyspach do dzisiaj. Shuggie Bain, ale i autor powieści, Douglas Stuart (przez niektórych uważany za alter ego bohatera) wychowywali się z rodzinach, które szczególnie mocno odczuły skutki bezrobocia i braku perspektyw. Alkoholizm, życie z zasiłku, kiepska edukacja, ciąże w zbyt młodym wieku, nieudane małżeństwa – te scenariusze stały się częścią rzeczywistości w społecznościach dawnych górniczych miejscowości. Shuggie dorasta bez ojca, z nietrzeźwą matką Agnes i dwojgiem rodzeństwa, które marzy, by się szybko wyrwać z domu, nawet jeśli oznacza to podobny los do matczynego. Młody Bain różni się od rówieśników nie tylko wrażliwością, w pewnym momencie już wie, że nie będzie pasował do sprytnych, nieco agresywnych dzieci z górniczych rodzin i zrobi wiele, by samodzielnie i z trudem napisać własną biografię.

Agata Listoś-Kostrzewa „Ballada o śpiącym lwie” – Wydawnictwo Dowody na Istnienie 2021

Książka, którą nie tylko można, ale warto przeczytać jako kontrapunkt do „Shuggiego Baina” Douglasa Stewarta, nie tylko z powodu prymatu górniczego wątku, ale też rosnącej popularności regionu kojarzonego z tym przemysłem. Śląsk stał się w ostatnich kilku latach niezwykle popularny, trwają dyskusje o tożsamości mieszkańców (sprowokowane nie tylko wypowiedziami pisarza Szczepana Twardocha), przywracany jest kształt wielu industrialnych miejsc niegdyś kluczowych dla miasta i regionu (przykładem nie tylko kompleks Muzeum Śląskiego w Katowicach, czy zabytkowej zabudowy katowickiego Nikiszowca), dyskutuje się na nowo o sztuce Grupy Janowskiej. Na tej fali warto sięgnąć po wrześniowy numer miesięcznika „Znak”, bo tematem tego wydania jest Śląsk, a ściślej cała Planeta Śląsk. Nie można zatem nie sięgnąć po reporterską książkę Agaty Listoś-Kostrzewy „Ballada o śpiącym lwie” poświęconą miastu Bytom i jego historii, która nierozerwalnie wiąże się z postacią Karla Godulli (Karola Goduli), zwanego geniuszem przedsiębiorczości, który za życia kupował i rozwijał kopalnie i huty (w chwili śmierci posiadał majątek wart 2 miliony talarów, przekazał go wychowanicy Joannie Gryzik, także opisanej w książce Agaty Listoś-Kostrzewy), a został pochowany w kościele w Bytomiu-Szombierkach. Ale dzieje Goduli to dopiero początek, bo historia Bytomia jest znacznie bogatsza i ciekawsza, a losy przed, i powojenne aż do momentu, kiedy węgiel przestał być priorytetem. Autorka, absolwentka m.in. Polskiej Szkoły Reportażu, przenosi nas chronologicznie w różne okresy, trzeba lekturę śledzić uważnie, ale buduje fenomenalny, bardzo żywy obraz miejsca, ludzi, losów.

W.G. Sebald „Wyjechali” – Wydawnictwo Ossolineum 2021

Wydawnictwo Ossolineum kontynuuje publikację najważniejszych książek tragicznie zmarłego niemieckiego pisarza W.G. Sebalda, uważanego (nieprzypadkowo zresztą) za jednego z najbardziej oryginalnych prozaików XX wieku. W charakterystycznej szacie graficznej ukazały się już – wszystkie w kongenialnym przekładzie Małgorzaty Łukasiewicz – „Austerlitz” i „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka”, a także, w innej nieco serii, tom esejów o literaturze „Opis nieszczęścia”. Niedawno ukazał się tom „Wyjechali” z posłowiem Katarzyny Kończal, a na listopad planowana jest premiera książki „Czuję. Zawrót głowy” (także w tłumaczeniu Małgorzaty Łukasiewicz). Śledzimy w „Wyjechali” losy kilkorga starzejących się bohaterów, którzy próbują siebie unicestwić, nękani przez wspomnienia, wegetują bez wyraźnego celu, odcięci od świata i ludzi, u-chodzący (to metafora poety, tłumacza, literaturoznawcy Tadeusza Sławka). Ale, jak podkreśla Kończal (która poświęciła twórczości Sebalda pracę „Znaki katastrofy, spacje ocalenia”), choć wielu krytyków przypisywało autorowi cel pisania o losie Żydów naznaczonych zagładą, w rzeczywistości „Wyjechali” to „pełna wrażliwości opowieść o poznawaniu Innego”, a narrator „słucha i z wielką uważnością, graniczącą czasami z obsesją, przygląda się otaczającym go przedmiotom, rozproszonym świadectwom oraz znikomym śladom i obrazom tego, co minione”. Książka, jak zwykle uzupełniona fotografiami, wycinkami z gazet, które Sebald samodzielnie umieszczał w materiale przygotowywanym do publikacji. I styl niemieckiego pisarza, niepodrabialny, absolutnie oryginalny, oniryczny. Koniecznie!

 

W dobie pandemii nie zawsze mamy możliwość bezpośredniego kupienia książek. Wszystkie wymienione znajdziemy m.in. na platformie Legimi (www.legimi.pl).

Nie ukrywam, że darzę Raya Wilsona szczególną estymą. Zwrócił moją uwagę już w 1997 roku, gdy pojawił się jako wokalista na płycie „Calling All Stations” grupy Genesis oraz na pierwszym koncercie tej grupy w Polsce, w styczniu 1998 roku, w Katowicach. Wówczas nic nie wskazywało na to, że ów obdarzony charyzmatycznym głosem Szkot zwiąże się z Polską na stałe. Choć ze swym zespołem występuje w całej Europie (i nie tylko), to właśnie Poznań uczynił swym domem, a aktualnie (mimo iż po polsku prawie nie mówi) oczekuje na przyznanie polskiego obywatelstwa.

Potrafi pisać świetne piosenki, ma wielu fanów i kapitalnie wypada podczas występów na żywo. Dwa lata temu miałem przyjemność recenzować na łamach „Wolnej Drogi” jego ostatni dwupłytowy album „Upon My Life”, będący retrospektywnym spojrzeniem w przeszłość. Zamieścił tam dwadzieścia sześć piosenek wybranych z dziewięciu albumów, wydanych w ciągu dwóch dekad swej solowej aktywności.

We wrześniu tego roku pojawiła się jego nowa płyta z premierowym materiałem, zatytułowana „The Weight Of Man”. Jest to dziesiąty album studyjny Raya (w pewnym sensie jubileuszowy), który nagrał po rozstaniu z Genesis. Należy wspomnieć, że jego premierę poprzedziły ważne wydarzenia, pozostawiające swe ślady nie tylko w muzyce, lecz także w życiu Raya. Jednym z nich był brexit i jego konsekwencje, a kolejnym doświadczenia wynikające z lockdownu wywołanego koronawirusem. Niedawno w wywiadzie dla portalu genesis- news.com Ray stwierdził, że ów okres był dla niego czasem odpoczynku i rekonwalescencji nadwyrężonej od grania ręki. Był jednak aktywny na swoim profilu FB, dał cykl jednoosobowych koncertów nazwanych Un-Tour, prezentował nowe utwory, a później rozpoczął w Internecie akcję crowdfundingową, mającą sfinansować jego nowy album studyjny, zatytułowany właśnie „The Weight Of Man”. Premierę poprzedziły trzy promocyjne single wideo, które w wersji audio otwierają płytę. Album od lipca był sukcesywnie wysyłany uczestnikom akcji crowdfundingowej, można było go nabyć na stronie internetowej artysty, a ostatecznie we wrześniu trafił do sieci sklepów.

Nowa propozycja Raya Wilsona różni się nieco od poprzednich. Wprawdzie w zespole możemy odnaleźć kilku starych przyjaciół, jednak zjawiły się także nowe postacie. Podobnie jak wcześniej spotykamy tu Scotta Spence’ra i Uwe Metzlera, ale pojawia się także grający na klawiszach Jethro Bodean, jako współautor aż sześciu z jedenastu kompozycji, którym później Ray Wilson z pozostałymi muzykami nadał ostateczny kształt.

Warto podkreślić udział trzech z nich: pochodzącego z Izraela Nira Z. na perkusji, Lawrie MacMillana na basie oraz Ali Fergusona, grającego na gitarze, przy czym udział tego ostatniego ma naprawdę na płycie znaczący wymiar, gdyż Ray ze względów zdrowotnych swoją gitarę odstawił na półkę. Mamy tu także galerię innych muzyków, takich jak Marcin Kajper (klarnet), Scott Spence (fortepian oraz instrumenty klawiszowe), Yogi Lang (instrumenty klawiszowe), Uwe Metzler (gitara) i Alicja Chrząszcz (skrzypce). W warstwie lirycznej Ray Wilson porusza się między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Mówi o nadziei i jej braku oraz o prawdzie i zakłamaniu. Dzieli się refleksjami na temat społeczeństwa, dotyka polityki i nie brak mu przy tym sarkazmu. Cały materiał można podzielić na trzy zasadnicze części. Początkowe trzy utwory to kompozycje, które opublikował już wcześniej. Kolejne cztery tworzą bardzo mocną część zasadniczą, zaś pozostałe cztery wprowadzają nastrój odprężenia i relaksu.

Szczególną uwagę zwraca rozbudowany i ze smakiem zaaranżowany utwór tytułowy. To taki Ray Wilson, jakiego lubię najbardziej, który daje pograć instrumentalistom. Co ciekawe, korzenie tej kompozycji (jak i kilku innych) tkwią w muzyce ambientowej, stanowiącej punkt wyjścia dla całego albumu. To pewne novum w jego twórczości, jednak niezwykle twórczo rozwinięte.

O powstawaniu tych utworów opowiada we wspomnianym wcześniej wywiadzie, podkreślając zasługi swych instrumentalistów. Całość z uwagi na pandemię powstała w sposób korespondencyjny – muzycy wzajemnie się inspirowali wymieniając się mailowo pomysłami i fragmentami muzyki, zaś za ostateczny miks całości odpowiadał Yogi Lang – klawiszowiec i wokalista niemieckiej formacji RPWL.

Wspomnianej trzeciej części albumu, którą otwiera znany z koncertów utwór „Almost Famous”, nie należy bynajmniej traktować po macoszemu. Ma ona nieco lżejszy charakter, jednak to nadal wspaniała muzyka. Dość tu wsłuchać się w „Symptomatic” oraz „Cold Like Stone” utrzymane w klimacie jego ostatniej studyjnej płyty. Zaskakujący może wydawać się ostatni utwór „Golden Slumbers”, zaczerpnięty z płyty „Abbey Road” The Beatles, który swym przesłaniem w kapitalny, nieco symboliczny sposób kończy album.

Ray Wilson ma wiernych fanów gotowych w ciemno kupować jego płyty, którzy wiedzą, że się nie zawiodą. Pozostałych miłośników dobrej muzyki zdecydowanie zachęcam.

Krzysztof Wieczorek