Portal dwutygodnika
[wpseo_breadcrumb]

Felietony

Chłopski przednówek, czyli kwadratury koła. „Zielony ład” a realia – Felieton Jana Rulewskiego

Nie od dziś na wsi, w przededniu wiosny, ludzie reagują nerwowo. Trzeba sporządzić bilans wydatków i dochodów. Tego roku się nie domyka. A to za sprawą dwóch kwadratur koła.

Pierwszą poprzedzę anegdotą. Kiedy w 1981 roku jako komisarz „Solidarności” ds. wyżywienia narodu tłumaczyłem się przed Krajową Komisja Porozumiewawczą z wynegocjowanego w Bydgoszczy systemu kartkowego (tzw. zwycięski absurd), to Andrzej Gwiazda wyrokował, że skoro mięsa na kartki będzie 24 kg z kośćmi, nawet spacerówkami, czyli kopytkami, to należy podnieść dzienną rację chleba do bochenka. Przypominam wtedy to był kilogram. Dzisiaj spożywam tzw. liberalny bochenek (bez określenia wagi) przez cały tydzień (sza! plus parę ciastek na wieczór).

A to oznacza, że Polska przytyła na żywności. Tak, jak wówczas, wbrew komunie twierdziliśmy, że jeśli przywrócić chłopom prawa, to będzie mogła wyżywić nawet dwa narody, szczególnie jeśli władza podsypie chłopa, oprócz wolnością i własnością, inwestycjami.

I stało się, że wraz z wejściem do UE z żebraka staliśmy się żywicielem Europy. A sama Europa kontynuuje swój archaiczny kurs zarządzania przez dopłaty, kupując spokój. Dopóki nie powiększyła się o Ukrainę, układy z Mercours, czyli spasioną mięsem i zbożem Południową Ameryką. Inni też jej nie omijają, gdyż jest ludna i dużo płaci plus dopłaty. Latynosom się to opłaca, gdyż np. cukier z trzciny jest tańszy o energię i robociznę. Panie (a piszę przed zbliżającym się 8 marca) zaręczam, że otrzymają storczyki. Nie jak dawniej z cieplarń poznańskich, lecz z… Kolumbii, gdzie bezpłatne słońce, górski strumień i niska robocizna. No i zdrowe środowisko bez opałowego węgla.

Oprotestowywany przez chłopów „Zielony ład” nie dotyczy tylko Polski, lecz także najbardziej „chemicznej” i – jak mówili mi Szwedzi – brudnej (pestycydy) Holandii. Zresztą nie od dzisiaj wiadomo, że prawie wszystkie kraje świata poszły na samowystarczalność żywnościową, która w przypadku żywności wymaga cyklicznych sanacji zapasów i ich, często spekulacyjnego, opróżniania.

Ciekawi mnie pozycja USA i Kanady, które zresztą między sobą toczą wieloletnią wojnę wołową i są poza uwagą opinii. Wszak to są oceany żywności (wraz z Australią i Argentyną absolutnymi liderami w przeliczeniu na głowę, czyli eksporterzy), chronione przez ich rządy z desperacją większą niż sprzedaż broni.

 

Czas zacząć rokowania

Tak więc mamy go! Europa, woła o zmiany w gospodarowaniu rynkiem rolnym. Chcemy lepszej (smaczniejszej i zdrowszej) żywności. I chyba w tym kierunku zamiast ton, hektolitrów i mendli powinna dążyć Europa. Wydaje się jednak, że również chłopi mają rację, dowodząc, że Europa podeszła do tego problemu zbyt biurokratycznie, spoglądając na termometr ocieplenia, a zapominając o kalendarzu dopuszczalnych zmian.

Zresztą w Polsce przybiera to formy karykaturalne, kiedy odpowiedzialnością przerzucają się politycy, nie mogąc wybrać między kurą a jajem, czyli ochroną klimatu, w tym dla wsi, a kurą podsypywaną tłusto z budżetu europejskiego. A problem będzie trwał, niezależnie jak się będziemy sierdzili na rządy, na Wojciechowskiego, czy ukraińsko-światowych biznesmenów. Czas otworzyć drzwi do rokowań.

 

Sprawa Ukrainy

Druga sądzę kwadratura koła, to sprawa Ukrainy. Jak pogodzić jej naturalne prawo do samostanowienia, w tym akcesji do UE z płodnością jej ziem. Byłem tam, dotykałem tej ziemi i rozmawiałem w gumaczach na polu. Nie, na Ukrainie nie będzie wsi, chłopów. Będą, bo być muszą, olbrzymie folwarki, z ich właścicielami, robotnikami rolnymi i wydajną produkcją wielkich żyznych areałach.

Nie ukrywajmy, znaczy nie okłamujmy ludzi. Ukraina musi coś produkować, by finansować swoje pragnienia wolności. Tak, my wszyscy, szczególnie Tusk i ja kibicowaliśmy jej, gdy trwał przetarg o jej drogę. Putin oferował 20 mld w gazie, Europa go przebiła. I stało się dobrze.

Nadto wszyscy głosowali za otwarciem dla niej rynku (ceł), a niedawno dalszych przywilejów. Ale prawda, że wszyscy politycy zapomnieli, iż jej wolność nie może się skończyć przewrotką jej sojuszników, gdyż jest to droga samobójcza.

Zatem kwadratura koła się powiększa i przyjmuje dla Europy nieprzewidywalne rozmiary. Twierdzę, że Europa i polskie elity żyją złudzeniami, że problem się rozwiążę wraz z większą produkcją pocisków artyleryjskich. Nie ulegając defetyzacji i w oparciu o wiedzę z pobytu na Ukrainie, twierdzę, że wojna będzie trudna i długa. A kiedy już Rosjanom zabraknie rakiet i broni, to będą ją obrzucać kamieniami.

A to prowadzi do wniosków, żeby okopać się na pozycjach poważnego dialogu i nie z tylko chłopami, ale transportem, składowaniem, pertraktacjami z sąsiadami, możliwościami finansowymi. Po prostu z odpowiedzią, jak wspólnie złożyć się na daninę wolności dla Ukrainy.

 

Rząd niegotowy do pertraktacji

Póki co obecny rząd nie jest przygotowany do merytorycznych pertraktacji. Wiele instytucji, ewentualnie jego uczestników, jak np. dialogu społecznego, przedsiębiorców, producentów, związków branżowych, ekspertów jest otoczona „szklanym” przerzucaniem się w mediach. Obecnie wykazują niecierpliwość w zasadzie producenci zbóż. Nie zauważyłem tych od mleka, hodowli drobiu czy nawet owoców i warzyw. A to jest niemała część gospodarki żywnościowej kraju i znaczący eksporterzy.

Blokuje się granicę z Ukrainą. Budzi to mieszane uczucia. A jak jest z granicami, przez które przepływa choćby mrożony chleb z Włoch, na co z przerażeniem spoglądają piekarze? Nie można ich pomijać.

Zbliżają się wybory do europejskiego parlamentu. Przed kandydatami, przed unijnymi instytucjami, przed rządami trudne spotkania. Jak żyć w Polsce nie utrącając nic z europejskości?

Jan Rulewski

Kategoria: