Portal dwutygodnika

kultura-muzyka

NIXES (2017)

 

Nixes, czy też może niXes(zachowując oryginalną pisownię),to stosunkowo nowy, zaskakujący i zdecydowanie zbyt szybko odstawiony na półkę projekt rodzimej sceny muzycznej. Zaskakujący, bo krajowych albumów w podobnej stylistyce nie ma zbyt wiele. Zahacza o muzykę alternatywną, jest nowatorski i odkrywczy, a przy tym słucha się go z prawdziwą przyjemnością i mało tego – po wybrzmieniu ostatniej nuty z trzech kwadransów zawartych na krążku, wręcz korci, by ponownie nacisnąć klawisz „play” w odtwarzaczu.

Przyznam, że w tzw. „ślepym teście” prawie nikt z moich znajomych nie odgadł nazwiska wokalistki. Nie dziwię się, bo ów intrygujący projekt artystyczny Ani Rusowicz może zaskoczyć, a przy tym po prostu, naprawdę bardzo dobrze się go słucha.

Chyba wielu rodzimych odbiorców piosenek Ani Rusowicz zbyt szybko zakwalifikowało ją do szufladki z napisem retro i bigbit. Nic dziwnego – jej pierwszy album „Mój BigBit”(2011) został nagrodzony złotą płytą. Nie tylko nostalgicznie nawiązywał do polskiej muzyki z lat sześćdziesiątych, ale na dodatek brzmienie głosu debiutującej wówczas wokalistki do złudzenia przypominało jej mamę – niezapomnianą Adę Rusowicz.

Zaledwie cztery lata później wokalistka udowodniła, że równie dobrze czuje się w stylistyce spod znaku Led Zeppelin czy Jefferson Airplane. Zainteresowanych odsyłam do albumu dokumentującego jej koncert na Przystanku Woodstock, zatytułowanego „Flower Power”, z 2016 roku, który rewelacyjnie przywołał klimat klasycznego festiwalu sprzed półwiecza.Zaprezentował zupełnie inne, dynamiczne oblicze wokalistki. W tym wcieleniu Ania Rusowicz pokazała swoje szczere umiłowanie tradycji lat sześćdziesiątych, pacyfizmu i hipisowskich korzeni wolności.

Ta tradycja przenika również do projektu Nixes. Słychać tam nawiązania także do innej, bardziej współczesnej stylistyki, jednak sentyment do estetyki hipisowskiej przenika cały album. Dostrzec w nim możemy także wpływ psychodelicznego rocka o bluesowym zabarwieniu.Ania Rusowicz pokazuje tu swoje nowe oblicze – odważne i nowoczesne, choć wierne dawnym fascynacjom. Warto też zwrócić uwagę na brzmienie jej głosu, zupełnie odmienne od tego, które zapamiętaliśmy wcześniej.

Całość zaśpiewana została po angielsku, więc może dlatego nie jest natychmiast rozpoznawalne. Brzmi tajemniczo i zaskakująco, dowodząc, że artystka ma spory potencjał i jak dotąd nie poznaliśmy wszystkich jej możliwości.

Angielskie teksty są napisane ze smakiem i nawiązują nieco do stylistyki tamtych lat. Mamy tu abstrakcyjną podróż na księżyc, gdzie można spotkać sprzedawcę cukierków, są piaskowe jeziora, przemierzanie kosmicznej przestrzeni, ucieczka i poszukiwanie uciekającego czasu –czyli to co typowe dla lat hipisowskich. Warto jednak zaznaczyć, że wokalistka nie traktuje tej spuścizny bezkrytycznie, dostrzega także jej ciemne strony.

Całość brzmi naprawdę świetnie i oryginalnie. Nawiązuje do tradycji, a jednocześnie jest bardzo aktualna. Początkowo można mieć wrażenie, że Ania Rusowicz odcina się od swych korzeni. Wprawdzie sięga tu po zupełnie inne środki, jednak z tym nowoczesnym, nasyconym elektroniką brzmieniem doskonale łączą się elementy psychodelicznego rocka, tworząc styl bliski neo-hippie.Całość w swej formie przypomina modne wówczas koncept albumy, czyli opowieści na zadany temat, jakkolwiek trudno wyróżnić z niej piosenkę z przebojowym refrenem, nadającą się na radiowy hit.

Jak sama twierdzi niXes, to jej alter ego. Celowo w teledyskach promujących utwory z tego albumu nie pokazuje twarzy, jest anonimowa.Chce, żeby publiczność poznała ją od nowa. Tak też była pomyślana promocja płyty. Wydawca zachęcał: posłuchaj, ale nie powiem ci kto to. Gdy rynek autentycznie zainteresował się doceniając i komplementując tę muzykę, ujawniono kto stoi z projektem.

Płyta „Nixes” jest naprawdę udana. Wśród dziesięciu kompozycji trudno wskazać słabsze. Dla mnie najciekawszym wydaje się „In the Middle of The Rainbow”, swoisty hołd dla pokolenia dzieci kwiatów. Mimo nowoczesnego brzmienia słychać tam powiew pamiętnego lata w San Francisco czy festiwalu w Monterrey. Ta stylistyka jest nam wszystkim bliska, wszak do niej kilka lat później nawiązywał rodzący się w Polsce bigbit. Połączenie jej z elementami elektroniki i rocka psychodelicznego sprawiło, że powstała muzyka unikatowa i oryginalna nie tylko na rodzimym rynku. Szczerze zachęcam do posłuchania tego albumu.

Krzysztof Wieczorek

muza06