Portal dwutygodnika
Strona główna Poza koleją Najsmutniejsze święta od czasu wojny

Poza koleją

Najsmutniejsze święta od czasu wojny

 

Dawno nie było tak bardzo smutno w kraju między Odrą a Bugiem. Tak smutno, że łzy same do oczu się cisną, a ręce podnoszą w niemym geście niezgody.

Nikt temu winien nie jest, ale zapamiętamy ten czas na długo, bardzo, bardzo długo. Oczywiście ci, którzy przeżyją – chciałoby się czarnym żartem wprowadzić Czytelnika w pogodniejszy nastrój, ale jakoś nie uchodzi żartować, kiedy naprawdę na naszych oczach rozgrywa się dramat.

Patrząc na statystykę zgonów w 2020 roku widzimy coś strasznego, ale i przewidywalnego. I nie wiem, czy ta przewidywalność nie jest najstraszniejsza… W grudniu 2019 roku dobiegły do Polski pierwsze informacje o koronawirusie, który siał spustoszenie najpierw w dalekich Chinach, ale szybko pojawił się w pobliskich Włoszech, skąd potworne obrazki pełnych szpitali i leżących na podłodze trumien błyskawicznie trafiły do telewizorów i monitorów komputerowych. Wiadomo było już wtedy, że to będzie straszny rok.

I ostatecznie był, ale zanim do tego doszło byliśmy świadkami dziwnych rzeczy. Od marca, kiedy rząd wprowadził pierwsze drastyczne obostrzenia, nie widzieliśmy w statystykach zgonów żadnej różnicy. Jak od zawsze tygodniowo umiera około osiem tysięcy Polaków, tak umierało. Bywały okresy, że zgonów było mniej niż w odpowiednich okresach poprzednich lat. Niektórzy się cieszyli, inni ostrzegali: to bomba z opóźnionym zapłonem. I tak było.

Od października ruszyło, liczba zgonów rosła jak szalona: 9180, 10222, 14673 i wreszcie 16048 zmarłych w jednym tygodniu. Od czasu wojny tylu Polaków nie umarło w jednym tygodniu. Nie zabił ich wcale koronawirus, nie zabrał na tamten świat COVID-19.

To znaczy: nie tylu. Większość zmarłych, to ofiary własnego strachu i niestety służby zdrowia skupionej prawie wyłącznie na jednej chorobie.

Uczmy się! Wiem, jak brutalnie to brzmi, ale uczmy się na własnych błędach. To, że system ochrony zdrowia można i trzeba jak najszybciej przestawić na właściwe tory, to wiedzą już wszyscy. Teleporada, to jak szampan bezalkoholowy, sumienie płatnika zagłuszy, ale swojego zadania nie wykona. Chorzy muszą otrzymywać szybką i konkretną pomoc lekarską w przychodniach i szpitalach.

Nic, absolutnie nic nie zastąpi kontaktu lekarza z pacjentem. Nie bez powodu symbolem odpowiedzialności lekarskiej jest stetoskop, a nie myszka. To się jeszcze długo nie zmieni.

Druga nauka, chyba jeszcze bardziej bolesna, to profilaktyka, prewencja, diagnostyka, badania przesiewowe. Jeśli człowiek – choćby zdrowy jak byk! – nie myśli o tym, że jego ciało jest podatne na usterki, to szybciej skończy na cmentarzu, niż się komukolwiek wydaje.

Trudno w to uwierzyć, ale z lekką usterką samochodu natychmiast jedziemy do mechanika, a kiedy w ciele coś szwankuje, wolimy przeczekać, a nuż samo się naprawi?

No to zobaczyliśmy w statystykach, że samo się nie naprawia. Polacy nigdy nie byli narodem darzącym specjalnymi względami kwestie profilaktyki i badań prewencyjnych. Do dentysty chodzimy, jak nas boli, bo skoro nie boli, to po kiego diabła pieniądze wydawać i panu doktorowi głowę zawracać, prawda?

Przez ostatnie lata udało się nieco zmienić te zwyczaje. Pionierkami były i są kobiety, które coraz regularniej odwiedzają lekarzy, nie tylko od kobiecych spraw, ale także korzystają z bezpłatnych przecież badań przesiewowych w kierunku nowotworów, cukrzycy, chorób serca i wielu innych schorzeń dziesiątkujących nasz naród.

A w 2020 roku niestety – wielu się bało iść do lekarza, wielu nie wiedziało, że badania profilaktyczne odbywają się bez przeszkód. Wystarczy przecież zachować ostrożność. Końcówka roku pokazała na twardych liczbach, jak ważna jest profilaktyka, wczesne wykrywanie chorób.

Te tysiące Polaków nie musiało jeszcze umierać. Lawinowo rosnąca liczba zgonów w ostatnim kwartale 2020 roku sprawiła, że rząd wprowadził obostrzenia dotyczące najważniejszego dla Polaków czasu – świąt Bożego Narodzenia. Po tym, jak wiosną mieliśmy „smutną” Wielkanoc, teraz mieliśmy „samotną” Wigilię. Nie chodzi nawet o zakazy, bo tylko naprawdę szaleni spodziewali się policyjnych kontroli podczas wigilijnych wieczerzy. Polacy sami narzucili sobie restrykcje. Chodzi przecież o zdrowie i życie najbliższych, a w każdej rodzinie jest ktoś starszy, schorowany, dla kogo pobyt w szpitalu nawet z poważniejszymi przeziębieniem mógłby oznaczać śmiertelne niebezpieczeństwo.

Polacy zdali egzamin, bez dwóch zdań, choć ze łzami w oczach. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby najważniejsze dni w roku spędzać bez najbliższych. Taka to już nasza natura, że nawet pracując za granicą na święta wracamy do rodzin. Teraz wielu naszych rodaków spędziło Wigilię za kierownicami swoich wielkich ciężarówek, gdzieś na obcej ziemi.

Świat patrzył ze zdumieniem i podziwem, jak Polska zaangażowała się w sprowadzenie do kraju tych kierowców – jak rząd wysłał lekarzy, żołnierzy, jak Polonia zorganizowała pomoc rzeczową dla de facto uwięzionych rodaków. Serce rośnie, że nie daliśmy zdławić, zdusić narodowej solidarności. Przyjaciół poznaje się w biedzie, ale i charaktery ludzkie poznaje się w chwilach próby, a my właśnie od roku bierzemy udział w próbie, jakiej od dziesiątków lat nie było. I wychodzimy z niej z tarczą.

Życząc Państwu lepszego, spokojniejszego i zdrowego 2021 roku życzę także, byśmy wszyscy dbali o siebie nie tylko wtedy, kiedy coś boli. Wszystkiego dobrego!

Marian Rajewski

Kategoria:
Marian01 tenpoznan