Portal dwutygodnika
Strona główna W numerze Z trzeciej strony: Veni…

Archiwum

Z trzeciej strony: Veni…

Okres późno-listopadowy, to czas na wiele refleksji. To zawsze okres wspomnień i zadumy nad losem człowieka, jego kruchością. Szybkim przemijaniem.

To także chwile na to, by się zatrzymać i zastanowić nad tym, czego od tego naszego życia oczekujemy… Od świata, który nas otacza… Od ludzi… Tych bliskich i tych, których spotykamy tylko na chwilę i znikają gdzieś w otchłani naszej pamięci.

Listopad, to również zbliżające się święta… Choć to jeszcze kilka tygodni, ale wielkie sklepy, galerie handlowe, reklamy w telewizorze, gazetach, na bilbordach dość nachalnie nawołują do zakupów świątecznych… To choinka, Mikołaj, worek z prezentami… Nie pozwalają one zapomnieć, że już za chwilę, za moment zasiądziemy do świątecznego stołu.

I nie żebym jakoś był temu przeciw, w końcu żyjemy w państwie opartym na gospodarce rynkowej, gdzie ten „rynek” jest zawsze i wszędzie obecny… I musimy to jakoś akceptować. Nie zżymać się, że to kolejne nowinki z Ameryki…

Postępująca globalizacja pojawia się także i w takich sferach naszej egzystencji. Choć niedawny Halloween, kompletnie obcy naszej wrażliwości i kulturze, wciskany jest co roku… I to niestety z coraz większych skutkiem. Niedawne badania opinii publicznej wskazały, że już około 40% Polaków akceptuje tę formę „świętowania”…

Nie pora na to, by nad tym szerzej się rozwodzić, bo to już za nami… Może za rok?

Jesień, to również kolorowy świat wokół… Liście, których wielobarwność musi budzić zachwyt, stoi w sprzeczności czasami z pogodą, która jest tak zmienna, jak te kolory, których mozaikę zauważamy codziennie…

Złota polska jesień, to również to, co nas odróżnia od innych. To specyfika naszej przyrody, otoczenia, które przez pokolenia budowali mieszkańcy kraju nad Wisłą i Odrą…

I nie żebym zapominał o Kresach, z których zresztą wywodzi się moja rodzina, nie mógłbym, bo to przecież nasza wielowiekowa spuścizna. To miliony naszych Rodaków, którzy nie ze swojej winy pozostali poza granicami Polski.

To oni są naszym wielkim skarbem polskości, o których nie możemy zapominać. O których ciągle trzeba mówić i ich wspierać ich. I to bez znaczenia, czy są oni tuż na naszą wschodnią, czy zachodnią granicą. Czy są oddaleni tysiące kilometrów od Macierzy…

To jest nasze ciągłe wyzwanie… Nasz obowiązek…

Na chwilę przywołam własne doświadczenia. Wiele lat temu poproszono mnie o pomoc polskiej rodzinie repatriantów z Kazachstanu, by mogli się zaaklimatyzować w kraju; znaleźć pracę, mieszkanie, szkołę dla dzieci…

Wówczas spotkałem się z nimi, i byłem pod wielkim wrażeniem ich oddania dla Ojczyzny. Tego, w jaki sposób o Polsce mówili… Z jaką nabożnością i oddaniem. Z jakim wzruszeniem i tęsknotą. Wielką wdzięcznością losowi i ludziom dobre woli, którzy pozwolili im powrócić do ziemi ich przodków.

Szczerzy przyznam, że i mnie wtedy udzieliło się to wzruszenie. Była to dla mnie ogromna lekcja polskości, umiłowania ojczyzny, patriotyzmu w czystej postaci. Bez nadęcia i koniunkturalizmu. Tej sztuczności i udawania, że mi zależy na dobru Polski. Oni byli po prostu sobą.

Prostota tego przekazu mną wstrząsnęła. Uzmysłowiła, jak szybko zapominamy o tym, że żyjemy w wolnym kraju. Że od nas zależy, jak go sobie urządzimy. I jak łatwo możemy go stracić…

Ta dość długa rozmowa głęboko utkwiła mi w pamięci… I teraz powróciła, by znów zadać sobie pytanie: co zrobiliśmy, jako wspólnota, by tych naszych Rodaków, rozsianych po całym świecie, wspomóc, także w powrocie do Macierzy…?

A pytanie staje się aktualne, bo warto przypomnieć, że w 1990 r., nawiązując do tradycji II Rzeczypospolitej, patronat nad Polonią i Polakami za granicą objął Senat RP. I to jest jeden z podstawowych obowiązków wyższej izby parlamentu…

Tak mogłoby się wydawać, przynajmniej do listopada roku 2019, kiedy to nowy marszałek Senatu, Tomasz Grodzki, pewnie prócz wielkiego ego, które ukazał już miastu i światu, inspirowany też przez totalną opozycję, zamiast zająć się Polonią – kreuje się na zbawcę narodu.

Jego gesty i słowa o demokracji, która wreszcie wróciła… No niczym Juliusz Cezar: Veni, vidi, vici (Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem).

Teraz jeszcze uda się z tym „veni” za ocean, by „robić” politykę zagraniczną, łamiąc przy okazji konstytucję… Bo to nie jest jego rola… On ma sprawować opiekę nad Polonią i Polakami za granicą!

Niestety… przerost formy nad treścią…

A pamiętać trzeba o innych słowach Juliusza Cezara: Uważajcie na ludzi, którzy się nie śmieją – są niebezpieczni”.

Mirosław Lisowski - podpis

Kategoria: ,
strona24