Portal dwutygodnika
Strona główna W numerze Trzydzieści plus

W numerze

Trzydzieści plus

A miało być tak pięknie. Już niby wszystko sobie przemyśleli i doszli do wniosku, że wyzywanie kilku milionów Polaków od „ciemnej hołoty na pasku katabasów, dającej się kupić za 500 złotych, które rzecz jasna zaraz przepiją” nie działa, że teraz znowu trzeba udawać politykę miłości.

Wytrwali w tej przemianie… jeden dzień. W poniedziałek po wyborach jeszcze jakoś się trzymali, być może odsypiali wyborczą noc, wzorem Jarosława Kurskiego ukoronowaną konsumpcją wódki w zacnych ilościach, ale już we wtorek sygnał do ataku wysłał niezawodny „Forrest Gump” naszej polityki, czyli były prezydent Komorowski. W wywiadzie dla Onetu raczył on był stwierdzić, że na PiS głosowały jakieś tajemnicze „kręgi”, które nie płacą podatków. Zostało to później zinterpretowane jako „okręgi”, ale wysłuchałem tego kilka razy i pewien jestem, że pan Komorowski użył właśnie tego pierwszego określenia.

Mniejsza już nawet z tym, o jakie konkretnie „kręgi” mu chodziło (zakładając, że on sam to w ogóle wiedział) i czy były lokator Belwederu miał na myśli kręgi polityczne, zawodowe, kulturowo-cywilizacyjne czy może artystyczne tudzież… szyjne… Fakt pozostaje faktem, iż jego zdaniem byli to ci gorsi, którzy pasożytują na pracy innych, a sami nie wrzucają do wspólnej sakwy ani grosza.

No i stało się, lawina ruszyła, aczkolwiek bardziej adekwatne będzie chyba stwierdzenie, iż szambo wybiło. Medialny mainstream jeszcze jakoś zachowywał pozory, natomiast internetowy organizm po sygnale wysłanym przez Komorowskiego zaczął produkować coraz, to nowe i coraz obrzydliwsze, intelektualne fekalia, którymi światła elita obrzucać zaczęła PiS-owski ciemnogród.

Ukoronowaniem całej tej bulgoczącej umysłowej gnojówki był rysunek wykonany przez jakiegoś sieciowego idiotę, a rozpowszechniony przez niegdyś znaną, a obecnie coraz bardziej (na szczęście!) zapomnianą, aktorkę Jandę, o której zresztą szerzej za chwilę.

Rysunek ten przedstawiał starszą kobietę, będącą w domyśle członkinią elektoratu partii rządzącej, a klęczącą przed politykiem oraz żebrzącą o banknot, który ów polityk trzyma jej nad głową i wydaje komendę „Daj głos!”.

Porównanie biednego człowieka do służącego psa wprawiło w osłupienie nawet niektórych lewicowych, by nie powiedzieć, że lewackich publicystów oraz polityków, takich jak na przykład Jan Śpiewak, który jednoznacznie oraz ostro aktorkę Jandę obsobaczył, i słusznie!

Mnie natomiast postawa zgranej, niegdysiejszej gwiazdy kina polskiego, nie zaszokowała ani trochę. To po prostu kolejny, nie pierwszy i z całą pewnością nie ostatni, przykład pogardy, jaką samozwańcze, post-peerelowskie elity odczuwają w stosunku do ludzi prostych, biednych, czyli wszystkich tych, których z gładkiej powierzchni do życiowego dołka zdmuchnął wiatr wielkich zmian. Oni zwyczajnie mają to w naturze, dziesiątki lat pieszczenia ich ego, najpierw przez dygnitarzy PRL, a później przez dygnitarzy 3RP, spowodowało, iż autentycznie uwierzyli w swój status lewitujących pół-bogów.

To się już nigdy nie zmieni i pozostaną oni na swoich obłoczkach do końca, będą w nich bujać coraz bardziej sami, nie zważając na przeobrażający się świat wokół nich, a w ich mniemaniu zapewne – pod nimi.

Tu, mam nadzieję płynnie, chciałbym przejść do ogólnopolskiej szopki pod roboczym tytułem „Obchody trzydziestolecia Wolnej Polski”, którą mieliśmy nieszczęście obserwować w dniu 4 Czerwca. Przyznam, iż dawno nie widziałem czegoś równie żałosnego, jak popisy tego swoistego towarzystwa wzajemnej adoracji w gdańskim ECS, które miały miejsce tego właśnie dnia.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że takie, czy inne obchody mają swój specyficzny charakter, że przemówienia są wówczas bardzo okrągłe, ogólnikowe i próżno w nich szukać jakiejś głębszej refleksji, zadumy czy sceptycyzmu. Jednakże taki poziom słodkich banałów, zręcznie zmieszanych ze zwykłą hipokryzją, jaki zafundowały nam byłe, chciałoby się powiedzieć, że wręcz upadłe ikony dawnej „Solidarności” spowodował skrajne zażenowanie, przynajmniej u mnie.

Niemal bałwochwalcze hołdy oddawane – coraz bardziej pogrążającemu się w starczym otępieniu – Lechowi Wałęsie przez niektóre postaci stały w jawnej sprzeczności z błotem, w jakim jeszcze stosunkowo niedawno te same postaci Wałęsę nurzały.

I żeby sprawa była jasna, ja nigdy ani przez chwilę Wałęsy nie ceniłem i zawsze uczciwie przed każdym będę twierdzić, że jest to postać, która w naszej historii zapisała się negatywnie, natomiast cynizm, perfidia czy wspomniana hipokryzja jego dzisiejszych wielbicieli, a dawnych opluwaczy, budzi we mnie odruch wymiotny!

Na koniec tego mrocznego kabaretu w hali, na terenie, a raczej w miejscu byłej Stoczni Gdańskiej, wystąpiło dwóch niekwestionowanych liderów tej dziedziny sztuki w ujęciu politycznym.

Oto jedna z wyżej wymienionych upadłych ikon, idol (ze wstydem, to przyznaję) mojej młodości, czyli Władysław Frasyniuk, po raz kolejny ukazał swój błazeński talent, nota bene chyba jedyny talent, jaki kiedykolwiek publicznie ukazał on od pamiętnego 1989 roku. Swój zwyczajowy, nieco histeryczny i mocno nieskładny słowotok, zakończył on wezwaniem publiczności do powstania z krzeseł, uniesienia dłoni oraz wykonania charakterystycznego znaku „V”, a potem do wykrzyczenia frazy „My – wolni ludzie!”.

Publiczność pokornie wykonała cały powyższy zestaw ćwiczeń i to najwyraźniej spowodowało, że pan Władek podpalił się niczym nastolatek, przywołał na scenę drugiego mistrza politycznego kabaretu – Aleksandra Kwaśniewskiego i rozkazał mu wykrzyczeć to samo… po angielsku. I stali tak z głupkowatymi minami i krzyczeli, jeden w rodzimym, a drugi w obcym języku.

Reprezentant ideałów, co sięgnęły bruku, wespół z zapitym, komunistycznym, bezideowym karierowiczem. Smutne, ale i trochę śmieszne podsumowanie tej po-okrągłostołowej Polski, ze wszystkimi jej układami, zgniłymi kompromisami, z całym jej zdegenerowanym establishmentem.

Jednym słowem, wyszło to wszystko bardzo słabo, za to potem było już tylko gorzej. Przed wielkim budynkiem (swoją drogą okropnym) gdańskiego ECS została podpisana tzw. Deklaracja Wolności i Solidarności. Przedtem deklaracja ta została odczytana wszem i wobec przez wspomnianą już dzisiaj przeze mnie Krystynę Jandę.

To był drugi, przerażający w swojej mimowolnej symbolice, moment tych uroczystości. Oto kobieta, która zaledwie tydzień wcześniej wkleja na swoim internetowym, społecznościowym profilu pseudo-satyryczny rysunek o zabójczej dawce pogardy dla drugiego człowieka, teraz odczytuje górnolotny tekst rozpoczynający się słowami: „My, obywatele Rzeczypospolitej…”.

A mnie po raz kolejny się zbiera, jako obywatelowi Rzeczypospolitej właśnie. Nie życzę sobie, żeby ta pani odczytywała w moim imieniu choćby rozkład jazdy na dworcu w Koluszkach, że o deklaracji, która ma w swoim tytule takie słowa, jak „wolność” oraz „solidarność” nie wspomnę.

W całej tej niezręczności moją uwagę zwrócił jednak mały szczegół… Otóż pani Janda cały czas miała ubrane duże, ciemne okulary, jakby nie chciała pokazać swoich oczu. Może to efekt bardzo słonecznej tamtego dnia pogody, aczkolwiek nie wykluczam także i resztek przyzwoitości oraz wstydu.

Na koniec obchodów, towarzystwo wzajemnej adoracji przeniosło się do starej części Gdańska na Długi Targ, gdzie znowu przemawiał ten i ów, ale gwoździem programu miało być wystąpienie Donalda Tuska, który polać miał nadziei nektar na pogrążone w rozpaczy serca zwolenników ledwo co powstałej, a już zasadniczo nieistniejącej, gdyż przegranej Koalicji Europejskiej.

Poszło mu tak sobie, może nie aż tak beznadziejnie, jak w Warszawie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, niemniej jednak to już nie jest ten sam „złotousty Donek”, co kilka lat temu. Owszem, zagrzewał, wzywał oraz zaklinał, ale jakoś tak bez mocy, bez wiary z dosyć wyraźnie widocznym syndromem wypalenia.

Atmosferę wśród jego zwolenników także, oględnie mówiąc, trudno uznać za szczególnie euforyczną. Tak czy inaczej, i tak jest on obok Rafała Trzaskowskiego jedynym realnym kontrkandydatem w przyszłorocznych wyborach dla obecnego Prezydenta, czy tego chce, czy nie. Tusk to wie i to go przeraża, niezabliźniona rana z roku 2005 krwawi do dzisiaj.

Z tego wszystkiego, to i ja sam zacząłem myśleć o tych minionych 30 latach. Chyba każdy rozsądny człek, co żył w czasach PRL, nie ma najmniejszych wątpliwości, że Polska przez te trzy dekady poszła do przodu. Nie zawsze gładko, nie zawsze prosto, z kolosalną ilością potknięć, a nawet upadków, ale jednak do przodu.

Jestem z pokolenia, które doskonale pamięta puste półki sklepowe, reglamentację żywności, notoryczny brak pieczywa, kolejki o długości 300 metrów po dwie paczki kawy (więcej nie wolno było za jednym podejściem) w delikatesach, piwo z jakimiś farfoclami w butelce, które jednak i tak się piło, zimne oraz śmierdzące pociągi z czterogodzinnym opóźnieniem, szare ulice, szare budynki, dwa beznadziejne programy w telewizji oraz tysiąc innych nieciekawych spraw pod wspólnym szyldem z napisem PRL.

Z drugiej strony pamiętam również znacznie więcej zwykłej, ludzkiej wzajemnej życzliwości i otwartości w porównaniu do dnia dzisiejszego, więcej dobrej muzyki, ciekawych filmów i książek, mniej blichtru oraz denerwującej sztuczności wokół. Człowiek już tak ma, że zawsze choćby troszeczkę tęskni za swoją młodością, jaka by ona nie była.

Marian Rajewski

Kategoria:
Marian01 plakat 1989