Portal dwutygodnika
Strona główna W numerze Kolej na muzykę: „Return to the Roots” – Endorphine (2019)

W numerze

Kolej na muzykę: „Return to the Roots” – Endorphine (2019)

Niezbyt często zdarza się, aby recenzja płyty, która zaledwie kilka dni temu miała swoją premierę, już trafiła na łamy „Wolnej Drogi”. Myślę jednak, że ten krążek (a właściwie dwa, gdyż jest to wydawnictwo dwupłytowe) zdecydowanie na to zasługuje. Zdobycie go nie będzie może najłatwiejsze, ale naprawdę warto zadać sobie trud i poszukać tego wydawnictwa w wirtualnej dystrybucji.

Całość rozpoczyna się niczym pradawna opowieść, choć pierwsze, dość rozbudowane nagranie noszące tytuł „Seans spirytystyczny” kojarzy się raczej z wycieczką na pradawny daleki wschód. Muzyka narasta powoli, stopniowo otacza słuchacza niby dym hinduskiego kadzidła. Trudno ją zaszufladkować. Generowana jest głównie przez elektroniczne instrumentarium, jednak nie brak w niej odniesień do stylistyki etnicznej, a nawet folkowej.

Kolejne utwory wciągają coraz bardziej. Kuszą przyjazną i niebanalną melodyką oraz rozbudowaną, jakkolwiek delikatną warstwą rytmiczną. W brzmienie elektronicznego instrumentarium, prócz odgłosów natury, doskonale wplatają się dźwięki przetworzonej gitary, wprowadzając do niemal idealnego świata element niepokoju.

Jak powszechnie wiadomo endorfina, powszechnie nazywana hormonem szczęścia, zwykle wywołuje dobre samopoczucie i zadowolenie. Nic więc dziwnego, że tak właśnie trójka muzyków nazwała swój zespół, bowiem ich muzyka ma wręcz kojące, terapeutyczne działanie, tak bardzo potrzebne pośród codziennego zabiegania.

Grupę tworzy paczka przyjaciół – Mr Smok, czyli Adam Bórkowski, Krzysztof Kurkowski (Kenny) oraz Piotr Skrzypczyk, nazwany także Piterem. Zespół funkcjonuje z przerwami już od 2003 roku i dorobił się wielu nagrań, jednak wydany przed kilku dniami album ma wymiar szczególny. Nie dość, że przypomina o grupie po kilku latach nieobecności, to w dodatku przynosi muzykę naprawdę wysokiego lotu. Mam wrażenie, że mimo formalnej przerwy, proces twórczy trwał w nieprzerwanie, dzięki czemu muzycy odważyli się odkryć przed słuchaczami najgłębsze źródła swych fascynacji.

Nie można ich twórczości nazwać jedynie elektroniczną. Sporo tu brzmień akustycznych, sporo też inspiracji wieloma gatunkami. Jest w niej jakiś eklektyzm, nagromadzenie emocji i pasji, pomieszanie gatunków oraz inspiracji dającej zupełnie nową wartość. Utwory mogą być tłem nie tylko dla filozoficznych podróży, lecz także pretekstem do wycieczki w przeszłość lub nawet w głąb siebie. Swą łagodnością wręcz zapraszają do takiej wyprawy, z której człowiek wraca niejako wewnętrznie oczyszczony, niczym po przeżyciu mitycznego katharsis. Jestem przekonany, że ta muzyka potrafi oczarować także niezbyt wyrobionych słuchaczy. Może okazać się świetnym zaproszeniem do bliższego poznania tego nurtu, dowodząc, że prawdziwe perełki mogą spływać nie tylko spod palców Vangelisa i jemu podobnych.

Przyznam, że lubię sięgać po płyty z kręgu muzycznej elektroniki, jednak album „Return to the Roots” wyłamuje się nieco z tej konwencji. Płyta jest naprawdę przemyślana i choć całość trwa blisko dziewięćdziesiąt minut, to nie nuży ani przez moment, a wręcz zaskakuje różnorodnością.

Pewnym zaskoczeniem wydaje się utwór „Targowisko próżności”, otwierający drugi krążek albumu. Nie dość, że przyciąga uwagę dość podniosłym, wręcz patetycznym brzmieniem, to po chwili okazuje się, że to jedyna kompozycja, w której pojawiły się również słowa. I są to słowa również niebanalne, z przesłaniem, napisane i zaśpiewane przez gościnnie występującego na płycie Olgierda Sienkiewicza. Dobrze, że tekst został zaśpiewany po polsku. Jest na tyle ważny, że nie trzeba było go ukrywać pod płaszczykiem nie przez wszystkich zrozumiałej angielszczyzny.

Jak twierdzą muzycy – przesłaniem albumu jest sprawienie słuchaczowi przyjemności muzyką. Łącząc brzmienie elektroniki z muzyką świata sprawili, że płyta pozwala delektować się zarówno brzmieniem, barwą, łagodnością i ciekawą fakturą rytmiczną. Muzycy doskonale się uzupełniają, niemal namacalnie da się wyczuć łączącą ich chemię. To naprawdę wspólne dzieło przyjaciół, obdarzonych niezwykłą charyzmą, która pozwala im zjednywać fanów nie tylko własną twórczością, lecz także zaangażowaniem i bezpośredniością w kontaktach z fanami.

Naprawdę chciałbym, aby ten album, poparty szeroką dystrybucją, trafił do świadomości wielu miłośników dobrej muzyki. Jednak na razie trzeba go po prostu dobrze poszukać. Ale przecież nie od dziś wiadomo, że kto szuka, ten najczęściej znajduje.

Krzysztof Wieczorek

Kategoria:
muza18