Portal dwutygodnika
Strona główna W numerze Kolej na muzykę: „Live” – Ewa Demarczyk” (1979)

W numerze

Kolej na muzykę: „Live” – Ewa Demarczyk” (1979)

Ostatni koncert Ewy Demarczyk odbył się 8 listopada 1999 roku w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Otrzymała niemilknące owacje na stojąco. Później wycofała się z życia artystycznego. Nie udziela wywiadów, rzadko odbiera telefony. Mimo to żadna z dzisiejszych gwiazd estrady nie może mierzyć się z jej legendą.

Tu garść osobistych wspomnień. Jest połowa grudnia, rok 1980, wieczór. Przed Teatrem Polskim w Bydgoszczy skrzy się śnieg. Na widowni przeważają zadumane twarze, nastrój jest uroczyście tajemniczy, pełen oczekiwania. Wreszcie, w absolutnej ciszy, w blasku punktowego reflektora pojawia się drobna kobieta, ubrana na czarno. Zaczyna śpiewać. Ten głos poznałbym wszędzie, choć w domu, na półce miałem zaledwie jedną jej płytę. Jedyną wówczas dostępną. Może dlatego ten koncert jest tak wielkim przeżyciem. Pieśń jest chyba hiszpańska, zresztą nie ma to większego znaczenia, emocji nie trzeba tłumaczyć. Niezrozumiały tekst pozwala na daleko idącą interpretację. Delikatna, pełna liryki melodia może opowiadać o wszystkim, o najbardziej skrytych uczuciach i tęsknotach. Nieco później pojawia się zespół: dwa czarne fortepiany, dwoje skrzypiec, wiolonczela, gitara, perkusja. Skąpe brawa, nikt nie chce burzyć nastroju. Po chwili Tomaszów, dość swobodna interpretacja wiersza Przy okrągłym stole Juliana Tuwima, zaśpiewany chyba jeszcze delikatniej niż na wspomnianej płycie. Nikt nie ma za złe artystce ingerencji w oryginalny tekst, wszak powstało coś prawdziwie pięknego.

Przez scenę przewija się korowód postaci przybywających z odległych krajów i dawnych lat. Łączy je najczęściej zawiedziona, nieszczęśliwa miłość. Boli wszak tak samo, bez względu na czas i miejsce. Każda z historii jest inna, nad każdą piosenkarka pochyla się ze zrozumieniem i czułością. Chyba na swój sposób kocha swych bohaterów. I tak kolejno poznajemy tajemniczą, na czarno odzianą młodą Babunię z wiersza Mariny Cwietajewej, jest artystka kabaretowa z przedwojennej pieśni, rozbrzmiewają dźwięki Grande Valse Brillante, przemyka szczególnie mi bliska postać skrzypka Hercowicza z wiersza Osipa Mandelsztama, grająca sonatę Szuberta „z pamięci jak z nut”, pojawia się niepokojący Taki pejzaż w niesamowitej interpretacji i z przejmującą muzyką Zygmunta Koniecznego oraz tańczące panie i panowie na moście w Avignon.

Jest Cyganka, jest Żydówka Rebeka, czekająca na swego ukochanego i Panna śnieżna Andrieja Biełego, są też ginący w powstańczym dymie młodzi żołnierze z wierszy Baczyńskiego. Trudno wszystkich wymienić. To teatr Ewy Demarczyk. Tylko ona wie, jak można żyć bez powietrza, niczym bohaterka Pocałunków Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Rozumie ból swych bohaterów, śpiewa tak sugestywnie. I coś z tego dawnego świata do nas przenika, wszak każdy z nas w ukryciu nosi bolesne zranienia zawiedzionych uczuć, odrzuconej przyjaźni.

Spektakl kończy wiersz Nicolasa Guillen La pama sola („Samotna palma”), wykonywany przez artystkę niemal a capella, jedynie na podkładzie rytmicznych uderzeń w pudło rezonansowe gitary. Palma jest przenośnią, to kolejna opowieść o samotności.

Gaśnie światło. Cisza. Oklaski. Bisów nie ma, zgodnie z niepisaną tradycją Teatru Cieni Ewy Demarczyk. Ludzie rozchodzą się w milczeniu, mając świadomość, że uczestniczyli w czymś niepowtarzalnym. I taka jest też przywołana dziś z pamięci jedyna koncertowa płyta Ewy Demarczyk.

Lucjan Kydryński nazwał artystkę Czarnym Aniołem polskiej piosenki. To określenie okazało się nie tylko trwałe, lecz wyjątkowo celne, obrazując jej niebywałą osobowość. Od urodzenia była związana z Krakowem. Zadebiutowała jako młoda studentka architektury w kabarecie Akademii Medycznej Cyrulik. Rok później dostała się do krakowskiej PWST. Ukończyła ją, lecz dyplomu nie odebrała. Trafiła do Piwnicy pod Baranami prowadzonej przez Piotra Skrzyneckiego.

Okazała się odkryciem I Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1963 roku, otrzymując nagrodę za wykonanie piosenki Czarne anioły Zygmunta Koniecznego. W Sopocie usłyszał ją legendarny Bruno Coquatrix – francuski impresario muzyczny, wieloletni właściciel i dyrektor paryskiej Olympii. Zaprosił ją i kilku wybranych wykonawców do Paryża…

Ewa Demarczyk była niespotykanym zjawiskiem. Wielbiły ją elity, podziwiali też zwykli miłośnicy piosenki. Jej pierwszy album, zatytułowany Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego (1967), mimo osiągnięcia niespotykanego nakładu, na wiele lat pozostała jedyną dostępną w kraju. Druga, wydana przez radziecką wytwórnię płytową Melodia w 1975 roku, początkowo dostępna była wyłącznie na terenie ZSRR. Sprzedano tam łącznie ponad siedemnaście milionów egzemplarzy. Trzecia, Live, dziś przywołana zawierała fragmenty koncertów z Teatru Żydowskiego w Warszawie, z grudnia 1979 roku. Tylko tyle i aż tyle.

Krzysztof Wieczorek

Kategoria:
muza20