Portal dwutygodnika
Strona główna kalejdoskop

kalejdoskop

Stoimy przed historyczną szansą, ale i wyzwaniem. Na pewno nikt nas nie wyręczy, i każdy we własnym sumieniu będzie musiał sobie odpowiedzieć na szereg pytań: Czy ten wybór jest dobry? Czy tej decyzji nie będziemy żałować? Czy przyszłe pokolenia zrozumieją nasze dylematy i wątpliwości?…

Takimi to słowami onegdaj wyrażałem dylematy związane z naszym członkostwem w Unii Europejskiej. Dzisiaj brzmią one jakoś dziwnie znajomo… Czy tej decyzji już nie żałujemy? Około 70% naszych obywateli jest za obecnością Polski w Unii Europejskiej. Tylko, czy chodzi o przynależność Polaków, czy też i Polski. 

Proces erozji struktur sprawił, że Ojcowie założyciele Wspólnot europejskich (nazywani także „Ojcami współczesnej Europy”) – Altiero Spinelli, Walter Hallstein, Winston Churchill, Paul-Henri Spaak, czy Robert Schuman – pewnie dzisiaj głosowali by przeciwko przystępowaniu do takiej „Europy”. Z założenia wcześniejsze EWG, a później Unia Europejska, miały być przede wszystkim strukturą gospodarczą, umożliwiającą swobodną wymianę handlową i rozwój jej członków. 

Ponadto miała zabezpieczyć zachodnią część naszego kontynentu przed zagrożeniem wojennym, szczególnie ze strony Niemiec. Nikt wtedy nie przewidywał, że Unia przeistoczy się de facto w kopię Związku Radzieckiego. 

Zresztą, ostatnie pomysły niektórych polityków opozycji, by do polskiej konstytucji wpisać, że Polska należy do Unii Europejskiej po wsze czasy, jako żywo przypominają konstytucję PRL i jej poprawki z roku 1976. Właśnie minęło 45 lat od tego „epokowego” wydarzenia, to i okazja jest stosowna, by przytoczyć fragment Art. 3 tejże „konstytucji”: „Polska Rzeczpospolita Ludowa w swej polityce (…) nawiązuje do szczytnych tradycji solidarności z siłami wolności i postępu, umacnia przyjaźń i współpracę ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich i innymi państwami socjalistycznym”.

Jak widać jest do czego sięgać. Tylko, czy aby to dobre wzorce? 

Mam takie wrażenie, że te nieustanne gnębienie przez Brukselę polskiego (nie PiS-owskiego, jak to PO wciąż suponuje) rządu, ma na celu wypchnięcie nas z tegoż neo-Związku Sowieckiego. 

Nie będę w tym miejscu przywoływał szerokiej gamy „instrumentów”, które są wykorzystywane do tego celu. Wystarczy, że „polska” opozycja znad Wisły, czy Zenne na okrągło rozwija swoją „antypolską” krucjatę.

I nie żebym był eurosceptykiem. Ale jeśli Polską i mną mają rządzić: niejaka Rosario Silve de Lapuerta (hiszpańska sędzia, która każe zamknąć kopalnię Turów), bądź Věra Jourová (czeska komisarz europejska, co to widzi tylko reżim, faszyzm i rasizm w Polsce), Didier Reynders (belgijski członek Komisji Europejskiej, który mówi polskiemu premierowi, że jego prawa ograniczają się jedynie do zamówienia długopisów i papierowych spinaczy), Paolo Gentiloni (komisarz włoski, który twierdzi, że nasza konstytucja jest funta kłaków warta i że liczy się tylko prawo europejskie), Frans Timmermans (wielki holenderski przyjaciel Polski, który najchętniej zepchnąłby ją do morza… bałtyckiego, czy czarnego, to jeszcze do rozstrzygnięcia), albo niejaki Guy Maurice Marie Louise Verhofstadt (ten to zaś, to belgijski przyjaciel polskich patriotów, których – wedle uznania – spaliłby na stosie albo ukrzyżował)…

Długo by można jeszcze tę listę tworzyć… Bądź poszerzyć choćby o jakże znane nazwiska osób ponoć z polskimi paszportami: eurodeputowani PO – Magdalena, Adamowicz, Bartosz Arłukowicz, Jerzy Buzek, Jarosław Duda, Tomasz Frankowski, Andrzej Halicki, Danuta Huebner, Ewa Kopacz, Janusz Lewandowski, Elżbieta Łukacijewska, Jan Olbrycht i Radosław Sikorski; SLD – Marek Balt, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, Bogusław Liberadzki i Leszek Miller; Wiosny – Robert Biedroń, Łukasz Kohut oraz posłanki niezależne – Janina Ochojska, Róża Thun und Hohenstein i Sylwia Spurek. Oto wyżej wymienieni przedstawiciele polskich obywateli głosowali 16 września 2021 r. za rezolucją Parlamentu Europejskiego, który wzywa (!) m.in.: 

• władze polskie, by zastosowały się do wyroków TSUE i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dotyczących składu i organizacji nielegalnego „trybunału konstytucyjnego” i Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, co pozwoli spełnić standardy niezawisłości sędziowskiej, do których stosowania Polska się zobowiązała; 

• premiera RP, by nie kwestionował nadrzędności prawa UE nad prawem krajowym i by wycofał wniosek do nielegalnego „trybunału konstytucyjnego” o zbadanie zgodności z konstytucją niektórych części traktatów UE; 

• Komisję, by dalej monitorowała wszystkie już wskazane problemy, by zwracała się o zastosowanie środków tymczasowych, zawsze gdy kieruje do TSUE sprawę dotyczącą sądownictwa, oraz by domagała się kar finansowych w razie niewykonania wyroków TSUE. 

Przyznam się – głosowałem za przystąpieniem do Unii Europejskiej. I czy teraz bym tak samo postąpił? Nie wiem…

Mirosław Lisowski

„Wszystkie moje przegrane procesy sądowe muszą być w normalnych warunkach powtórzone, bo są nieuczciwe i nie uwzględniają, nie uwzględniały prawdy” – Lech Wałęsa

Czy powinno się powtórzyć przegrane przez Wałęsę procesy sądowe?

Mirosław Lisowski: Absurdalność żądania Lecha Wałęsy jest z gatunku – należy powtórzyć procesy norymberskie albo chińskiej „bandy czworga”. I nie wiadomo… śmiać się, czy płakać. Ta „ikona” totalnej opozycji, która była pożyteczna, gdy kazała PiS-owcom wyskakiwać z okien, a ona sama chciałaby zostać szefem więzienia, w którym trzeba zamknąć Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudę – teraz stała się jedynie swoją karykaturą… No cóż: jaka opozycja, taki i „bohater”. I należałoby na tym zakończyć opis tego przypadku.Tak po prostu, z ludzkiego miłosierdzia…

Aleksander Wiśniewski: Lech Wałęsa od dłuższego czasu ogłasza swoje dziwne, a czasami szalone, pomysły. Są one niekiedy tak absurdalne, że nie można traktować ich poważnie. Nie inaczej należy traktować pomysł powtórzenia przegranych przez Wałęsę procesów sądowych. W sumie to smutne, że niegdyś niekwestionowany przywódca 10-ciomilionowej rzeszy członków „Solidarności”, noblista, Prezydent RP, dzisiaj, dla wielu stał się żałosną postacią, pośmiewiskiem i bohaterem prześmiewczych memów w Internecie.

Krzysztof Wieczorek: Wiele lat temu Wałęsa był symbolem. Szkoda, że swoim późniejszym postępowaniem zniszczył ten wizerunek. Dzisiejsze jego wypowiedzi trudno traktować poważnie. Szkoda też, że zawiódł oczekiwania tych, którzy niegdyś gorąco go popierali, a dziś spoglądają w jego kierunku z coraz większym zażenowaniem. Nasuwa się tylko pytanie, kiedy właściwie był sobą? Czy wtedy, gdy aktywnie działał w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża, czy wtedy gdy podpisywał Porozumienia sierpniowe, czy wówczas gdy odwoływał rząd Olszewskiego, czy teraz? A może jego prawdziwej twarzy jeszcze nie poznaliśmy?

Zbigniew Wolny: Myślę, że już nie warto zajmować się „złotymi myślami” prezydenta Wałęsy, który żyje we własnym, narcystycznym świecie. Świecie politycznego kłamstwa, w które uwierzył. Co jakiś czas obraża się na tych, którzy mówią mu inną – nie jego – prawdę w oczy. Teraz obraził się na sądy i chce powtórzenia wszystkich przegranych procesów. Proponuję, panie prezydencie, iść na całość i żądać powtórzenia także tych wygranych procesów. Dlaczego nie. Szanowny panie prezydencie, z całym szacunkiem, szeregowy emerytowany działacz związku „Solidarność” chce panu przypomnieć, że dzisiaj w Polsce sądy są niezawisłe i niezależne, i nikt, także pan, nie może im narzucić powtórzenia procesu. Sam pan o to walczył. Szkoda, że teraz myśli pan inaczej.

Paweł Skutecki: Bufonada Lecha Wałęsy od wielu już lat stanowi pożywkę dla satyryków, ale tym razem problem jest dużo głębszy. Dużą część wyborców PiS-u stanowili i stanowią Polacy, którzy domagają się radykalnej zmiany systemu wymiaru sprawiedliwości, a dzisiaj są zawiedzeni tempem i jakością tych zmian. Z punktu widzenia sądowego „petenta” nic się nie zmieniło, wciąż sprawy toczą każdego rządu, to zapewnienie fizycznego bezpieczeństwa własnym obywatelom, a dopiero później pomoc obywatelom innych państw. Dlatego decyzja o postawieniu tamy niekontrolowanemu ruchowi niezdefiniowanych grup obywateli państw trzecich jest koniecznością.

Adam Dyląg: Były prezydent Rzeczypospolitej popada w coraz głębszą frustrację. Wcześniej gorący zwolennik wolnych sądów, obecnie świadomie podważa prawomocnie orzeczone wyroki w swoich przegranych procesach. Jak lekceważąco Lech Wałęsa traktował sędziów na sali sądowej podczas orzekania w jego sprawie można zobaczyć w Internecie. Ten pełen pychy starszy pan miast refleksji, brnie w coraz bardziej absurdalne pomysły. Bardzo żal, że Wałęsa, dawna ikona wolności i „Solidarności”, niszczy, a właściwie już zniszczył swój historyczny dorobek.

Do Polski docierają uchodźcy, prawdziwi i „malowani”, tym razem z Afganistanu.

Czy decyzja o budowie muru na granicy polsko-białoruskiej jest właściwą reakcją polskiego rządu?

Mirosław Lisowski: Przede wszystkim, to należy podziękować pani kanclerze Merkel za jej „Velkommen”, wygłoszone do emigrantów w roku 2015. Przez te już 6 lat islamska ludzka fala zalewa Europę. Na szczęście nam udawało się do tej pory przed tym szaleństwem bronić. I dlatego teraz postawienie muru staje się wręcz koniecznością. Przecież jasnym jest, że Łukaszenka i Putin używają bomby demograficznej w ramach, często używanego ostatnio określenia, wojny hybrydowej. I tylko ktoś naiwny tego nie widzi. A te cyrkowe występy na granicy posłów i senatorów opozycji już nie są śmieszne, a nawet żałosne. Ale niebezpieczne i bardzo groźne, bo mogą doprowadzić nawet do zbrojnego konfliktu granicznego.

Aleksander Wiśniewski: Na polskiej granicy, jednocześnie wschodniej granicy Unii Europejskiej, gromadzą się rzekomi Afgańczycy uciekający przed Talibami.Owi uchodźcy, którzy w jakiś niepojęty sposób znaleźli się w Mińsku, teraz usilnie próbują w sposób nielegalny dostać się na teren Polski. Polsko-białoruskie przejście graniczne, gdzie mogliby poprosić o azyl, znajduje się kilka kilometrów od ich koczowiska. W czasie, w którym część naszej totalnej opozycji absurdalnie, wręcz groteskowo, chce migrantom te nielegalne przekroczenie granicy ułatwić, budowa muru wydaje się być koniecznością. Kiedy jesteśmy prowokowani musimy bronić naszej Ojczyzny.

Krzysztof Wieczorek: Aleksander Łukaszenka w ramach szantażu zorganizował most powietrzny z Irakiem i przerzuca nad granice Unii Europejskiej, czyli z Litwą i Polską, kolejne grupy zdesperowanych (czy tylko?) Irakijczyków i Afgańczyków. Pogranicznicy starają się odpędzać te grupy, lecz one wracają poganiane przez uzbrojone służby białoruskie. Tymczasem Europa, nie mając żadnego pomysłu jak im pomóc, a przede wszystkim, jak stawić czoła problemowi, jaki pośrednio sama wywołała, buduje jedynie mury. Musimy bronić swych granic, to nie ulega wątpliwości, jednak na tak postawione pytanie nie ma prostej odpowiedzi. A tymczasem, jak w pieśni Kaczmarskiego „mury rosną, rosną…”

Zbigniew Wolny: Granica naszego państwa zawsze powinna być dobrze strzeżona przed nielegalnymi przekroczeniami. Dzisiaj granica z Białorusią jest szczególnie narażona na prowokacyjne przekroczenia tzw. „uchodźców”, sterowane przez reżim Łukaszenki (a może przez Rosję). Musimy bronić jej przed tymi prowokacjami wszelkimi legalnymi metodami. Budowa muru jest tym sposobem, stosowanym w wielu miejscach świata, np. na granicy meksykańsko-amerykańskiej. Róbmy to jeżeli poprawimy tym bezpieczeństwo Polski.

Paweł Skutecki: Dzisiaj bardzo trudno nawet najlepszym służbom wywiadowczym świata odróżnić uchodźcę od terrorysty, a tego znów od emigranta zarobkowego. Intencje człowieka, o którym nie wiemy nic, mogą być przeróżne. Polska jest dzisiaj, znowu, przedmurzem Europy i mamy na sobie obowiązki wobec całego kontynentu. Podstawowy obowiązek każdego rządu, to zapewnienie fizycznego bezpieczeństwa własnym obywatelom, a dopiero później pomoc obywatelom innych państw. Dlatego decyzja o postawieniu tamy niekontrolowanemu ruchowi niezdefiniowanych grup obywateli państw trzecich jest koniecznością.

Adam Dyląg: W chwili, kiedy to przez Polskę handlarze ludźmi chcą ich przerzucać do Europy, kwestia ochrony granic jest kluczowa. Na pewno budowanie muru, to sprawa trochę żenującą, ale w jaki inny sposób się zabezpieczyć? Oczywiście można postawić setki pograniczników do pilnowania kilku kilometrów granicy, ale czy to na dłuższą metę zda egzamin? Widząc to, co się dzieje w Afganistanie, gdy za kilka miesięcy na granicy pojawią się setki uchodźców, budowa muru wydaje się konieczna. Niestety w chwili obecnej sprawa emigrantów znów znajduje się na czołówkach gazet i dzienników więc trzeba się będzie bronić.

„Urodzenie dziecka, nie mówiąc już o dwójce, trójce, czwórce, to jest demograficznie fajna rzecz, ale jakże często to jest udręka na najbliższe 20 lat życia, nie ma wsparcia, bo mąż jest przekonany, że jest ok, kiedy żona zaiwania od rana do wieczora, a on ma wzory postępowania od samej góry począwszy.”(Donald Tusk)

Czy dziecko rzeczywiście jest udręką dla kobiety?

Mirosław Lisowski: Kobietą nie jestem, zatem trudno mi o Tuskowej „udręce” mówić. Ów też kobietą nie jest (chyba?!), to i doświadczeń ma tyle samo, co i ja. No chyba, że okres wychowania swoich latorośli był dla niego koszmarem i traumą. Ale jedno wiem na pewno – udręką jest powrót Donalda Tuska do polskiej polityki. Jego toksyczność czujemy na każdym kroku. Nie przywiązuję już uwagi do tego, co „król Europy” opowiada. Stał się jedynie hejterem i furiatem, który dostał zadanie do wykonania. Należy to ciągle pokazywać i robić po prostu swoje.

Aleksander Wiśniewski: Zadziwiające głupoty opowiada Pan Tusk. Do kogo właściwie kieruje te słowa? Czyżby chęć przypodobania się parom jednopłciowym? Feministkom? Fanom LGBT? Ta wstawka o kobiecie,żonie-matce co to zaiwania od rana do wieczora i głupkowatym mężu-ojcu, który ma wzory od samej góry (sic!) wyraźnie na to wskazuje. Nie znam żadnej kobiety – poza nielicznymi przypadkami patologii – która uważałaby macierzyństwo za udrękę. Nie jestem kobietą, jestem ojcem i dziadkiem, ale wiem, że dzieci i wnuki, to skarby, które dla moje żony nigdy nie były i nie są udręką.

Krzysztof Wieczorek: Nie wiem skąd wiedzę o świecie i problemach rodziny czerpie pan Tusk. Znam rodziny, które przez lata starają się, by doświadczyć tych „dwudziestu lat udręki”. Wspólnie z żoną wychowaliśmy córkę, która ma już własną rodzinę i również własne potomstwo. Ani przez chwilę nie był to czas udręki, a wręcz przeciwnie. I były to lata, gdy na pomoc państwa nie można było liczyć, gdyż tym odrobinę (podkreślam wyraźnie słowo „odrobinę”) lepiej uposażonym zabrano nawet dodatki rodzinne. Wszystko jest kwestią wyniesionego z domu systemu wartości i poukładania własnych priorytetów w odpowiedniej kolejności. Radości i satysfakcji z macierzyństwa oraz ojcostwa nic nie jest w stanie zastąpić.

Zbigniew Wolny: Jak zwykle Pan Donald Tusk mówi, co mu ślina na język przyniesie. Bez zastanowienia, a potem jego koledzy z partii muszą tłumaczyć, co premier miał na myśli. Parafrazując doktora Strosmajera, gdyby głupota umiała latać Tusk wznosiłby się, jak gołębica. Nie jestem kobietą (Pan premier Donald chyba też nie), więc trudno mi mówić, co czuje przyszła matka, kiedy wie, że urodzi dziecko. Mimo tego jestem przekonany, że 99% kobiet uważa, iż jest to największy dar od Boga. Oczywiście wychowanie dziecka nigdy nie jest łatwe, ale dzisiaj znacznie łatwiejsze niż za czasów komuny, kiedy każdą pieluchę tetrową, każdy śpioszek i odżywkę trzeba było wystać lub kupić za dolary. Wiem jedno, moja córka jest dla mnie największym skarbem i darem od Boga.

Paweł Skutecki: Udręką to jest dla nas wszystkich jakość polskiej sceny politycznej, od prawa do lewa, od góry do dołu. Ale równocześnie udręczeni mamy poważne objawy syndromu sztokholmskiego i dalibyśmy się za swoich dręczycieli pokroić, jedni za lewych, drudzy za prawych. A wracając do sedna… Żyjemy w czasach redefinicji wszystkiego. W mojej ukochanej Bydgoszczy dwóch lekarzy wzięło ze sobą ślub – krzyczą media. Ślub! Jak rozmawiać o macierzyństwie, skoro ten szowinistyczny wyraz od razu dyskryminuje wszystkie kilkadziesiąt płci kosztem jednej, najbardziej zaściankowej? Pogubiliśmy się w tym wszystkim…

Adam Dyląg: Nie wiem, skąd pan Donald Tusk czerpie takie wzorce o rodzinie i rodzicielstwie? Sam wychowałem dziecko i teraz pomagam w wychowaniu wnuków, ale nie zauważyłem, aby moja żona się skarżyła. Z wielką radością oczekiwaliśmy narodzin, a po urodzeniu każda chwila spędzana z dzieckiem, to wspaniałe przeżycia. Być może w domu pana Donalda było coś nie tak i stąd u niego takie wnioski się nasuwają na temat macierzyństwa. Znam wiele rodzin wielodzietnych, ale żadna matka nie narzekała na trudy wychowania. Zdarza się, że mąż pracuje więcej, ale raczej wspomaga w wolnym czasie żonę, bo nie wyobrażam sobie, aby tylko matka zajmowała się dzieckiem. Ojciec jest niezbędny, gdy chce się dobrze wychować dzieci. Oczywiście, wśród feministek myślenie byłego premiera zyskuje aplauz, ale tylko w tych kręgach. Jeżeli pan Tusk ma takie doświadczenia, to mu serdecznie współczuję, że nie miał normalnej rodziny.

 W Japonii odbywa się dziwna Olimpiada. Dziwna, ponieważ zamiast tłumów na stadionowych trybunach zmagania sportowców obserwują nieliczni przedstawiciele państw biorących udział w Olimpiadzie – „Tokio 2020”. Cały świat zmaga się z Covid 19, dlatego dopiero w roku 2021 odbywają się olimpijskie zawody. Bez względu na wyniki, jakie osiągają polscy sportowcy, zastanawia brak profesjonalizmu w przygotowaniu naszych zawodników do wielkich sportowych wydarzeń.

Dlaczego mamy zdolnych juniorów, z których wyrastają przeciętni zawodnicy?

Mirosław Lisowski: Chociaż ponoć wszyscy znają się na sporcie (no i na medycynie), to nie czuję się jednak na siłach zdiagnozować problem. Jestem kibicem i przeżywam występy naszych sportowców, choć teraz z pewnym już dystansem. Bo wystarczy zerknąć na trybuny i zobaczyć zadowolonych z siebie działaczy w strefach VIP-owskich, a cała radość jakoś znika. Autonomia związków sportowych sprawia, że tylko światowe federacje mogą i mają wpływ na lokalnych notabli sportowych. A tutaj funkcjonuje zasada ręka rękę myje. Nie liczy się perspektywiczna i monotonna praca z młodzieżą, ale układy i dostęp do kasy.

Aleksander Wiśniewski: Dopóki polskim sportem będą się zajmować „działacze” mający na ogół niewielkie o nim pojęcie, osoby, którym bardziej zależy na profitach płynących z „opieki” nad sportowcami, niż nad jakością ich wytrenowania, profesjonalnego przygotowania do zawodów na każdym szczeblu, od podstawowego poczynając,nie będzie żadnej zmiany na lepsze. W nieskończoność będziemy sobie stawiać pytanie – jak to się stało, że tak dobrze zapowiadający się junior po latach „szkolenia” jest tak słabym zawodnikiem?Nieliczne, na miarę światową, sportowe sukcesy Polaków potwierdzają jedynie ogólne przekonanie, iż generalnie nie potrafimy młodych ludzi wyszkolić na mistrzów sportu.

Krzysztof Wieczorek: Myślę, że dobrym komentarzem do tak postawionego pytania jest skandal z polskimi pływakami, którzy przez lata przygotowywali się do udziału w zmaganiach olimpijskich. Ciężko trenowali, zdobyli kwalifikacje, często inwestując niemałe pieniądze – własne bądź pozyskanych przez siebie sponsorów. Złożyli ślubowanie, odebrali stroje i polecieli do kraju kwitnącej wiśni. Na miejscu dowiedzieli się, że Polski Związek Pływacki nie dopilnował wszystkich formalności związanych z ich zgłoszeniem, wobec czego muszą wrócić do kraju. Prezes PZP w wydanym oświadczeniu wyraził „głęboki żal i ubolewanie z powodu zaistniałej sytuacji”… Trzeba coś dodać?

Zbigniew Wolny: Myślę, że jest kilka powodów takiej sytuacji. Według mnie najważniejszym jest brak dużych środków finansowych w klubach, kiedy junior staje się seniorem i zaczyna walczyć na dużych międzynarodowych zawodach. Wtedy potrzebne jest profesjonalne zaplecze sportowe (sale, odnowa, lekarze, psycholodzy, sprzęt itp.), a to kosztuje ogromne pieniądze. Małe kluby sportowe często na to nie stać, a tam rodzą się sportowe talenty, na tzw. prowincji (bez obrazy). Znane są przypadki, że doskonali młodzicy i juniorzy trenują we własnych piwnicach, czy przeciekających halach. Niestety dzisiejszy seniorski sport jest zawodowy i bez pieniędzy nic się nie osiągnie. Innym ważnym powodem jest brak profesjonalnych i zaangażowanych trenerów, takich jak chociażby świętej pamięci Hubert Wagner, Papa Stamm czy Kazimierz Górski. I koło się zamyka.

Paweł Skutecki: Problem polskiego sportu jest znany od zawsze. Państwo toleruje folwarki, na których tuczą się tak zwani działacze, a dla sportowców zostają bidony z popularnej sieciówki. Niezależnie od tego, którą dyscyplinę weźmiemy pod lupę, widzimy to samo. A z drugiej strony sport zawodowy w Polsce ma tyle wspólnego z profesjonalizmem, co gale FAME MMA z prawdziwym sportem. Efekt mamy taki, że na polski sport patrzy się z taką samą przyjemnością, co na polskie filmy. „Nuda, nic się nie dzieje” – jakby powiedział inżynier Mamoń. I póki nie oderwiemy „działaczy” od koryta, póty nic się nie zmieni. Ani w sporcie, ani w ogrodach działkowych, ani w spółdzielniach mieszkaniowych.

Adam Dyląg: Moim zdaniem dopóki sport będzie tylko dla tych, których stać na jego uprawianie, talenty zaginą. Znam z autopsji wiele sytuacji, że dzieciaki chcą uprawiać sport, jednak muszą korzystać z pomocy rodziców. To rodzic musi dziecko zawieść na trening, opłacić ten trening kupić potrzebne ubrania i sprzęt. Dopóki są to drobne kwoty jeszcze wszystko jakoś idzie, ale potem jest coraz gorzej. Gdy dzieciaki osiągną jakiś poziom, zaczynają się schody – opiekę nad nimi przejmują kluby sportowe, a tam już liczy się tylko wynik. Działacze żądają rezultatów, wyników, w związku z czym trenerzy ustawiają zawodnika pod konkretny wynik, a zaprzestaje się pracy indywidualnej. Gdy jest wsparcie dla takiego zawodnika z zewnątrz od rodziny wszystko jest ok. Natomiast kiedy nie daj Boże przytrafi się jakaś kontuzja, to nikt się takim zawodnikiem w klubie nie interesuje. Dlatego często wspaniali młodzicy kończą kariery. Inna sprawa, to kwestia transferów nie myśli się o tym, aby zawodnik się rozwijał we własnym klubie, ale szybko sprzedaje się go dla kasy, a tam gdzieś grzeje ławę i kończy się jego kariera.

Donald Tusk, 64-letni polityk, który przez ostatnie siedem lat jest (był) poza Polską, a będąc przewodniczącym Rady Europy niespecjalnie zabiegał o polskie sprawy, wrócił do kraju, aby uratować zmierzającą w polityczny niebyt partię (PO), której przed laty był założycielem.

Czy porozumienie Kaczyński – Tusk jest możliwe?

 

Mirosław Lisowski: 7 lat, to w polityce epoka. Powrót Donalda Tuska do Polski A.D. 2021, to zderzenie ze światem mu obcym. Nie toleruje on krytyki, niewygodnych pytań, stąd ta buta i agresja.Nic z tego nie będzie. No może kilka procent więcej w sondażach. I tyle. Bez programu, ciekawej oferty dla Polaków, jakiejś wizji… nie wygra się wyborów. Dlatego Tusk i Kaczyński, to inne światy. Inna liga. Cytując Małgorzatę Kidawę-Błońską: Jak wiemy,Jarosławowi Kaczyńskiemu niezależy naświecie, naEuropie. Jemu zależy tylkonaPolsce.A na czym zależy Donaldowi Tuskowi?

Aleksander Wiśniewski: Bezsensowny powrót do kraju Donalda Tuska, odwiecznego politycznegorywala Jarosława Kaczyńskiego, tylko i wyłącznie po to, aby, nie bacząc na metody, tegoż prezesa PiS od władzy odsunąć, sam w sobie wyklucza możliwość porozumienia. Skoro jedyny ośmiogwiazdkowy „program”p. Budki, który notabene korzystając z okazji, czmychnął ze stanowiska wodza PO, powiela, kreowany na nowego wodzatotalnej opozycji Donald Tusk, to o porozumieniu nie może być mowy. Śledząc pełne nienawiści i pogardy wystąpienia byłego przewodniczącego Rady Europejskiej, utwierdzam się w przekonaniu, że do żadnego porozumienia pomiędzy tymi dwoma politykami nigdy nie dojdzie.

Krzysztof Wieczorek: Według badań przeprowadzonych pod koniec czerwca tego roku przez Kantar, bodaj największy panel badawczy w Polsce,60 proc. Polaków było zdania, że Donald Tusk nie powinien wracać do polskiej polityki i obejmować przywództwa Platformy Obywatelskiej. A jednak wraca, chcąc wzmocnić coraz bardziej osłabioną partię, której niegdyś był współzałożycielem. Czy mu się to uda? Jest z pewnością bardziej wyrazistą postacią niż Borys Budka, dotychczasowy przywódca tej partii, który ustąpił z tego stanowiska 3 lipca. Ponoć, jak już pięć stuleci p.n.e. twierdził Heraklit z Efezu, nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, stąd też śmiem wątpić. Ale obserwować z pewnością będę.

Zbigniew Wolny: Miałem sen… Donald Tusk i Jarosław Kaczyński podali sobie ręce. W przyjacielskiej rozmowie doszli do porozumienia, że kończą z agresywnym językiem, nienawiścią i wzajemną pogardą. Od dzisiaj rozmawiamy o sprawach Polski tylko w merytoryczny sposób. Na programy, a suweren wybierze ten najlepszy i ta partia wygra w wyborach. Niestety rzeczywistość jest zupełnie inna. Przemówienie Donalda Tuska na Radzie Krajowej Platformy Obywatelskiej utwierdziło mnie, że do tego sennego porozumienia droga jeszcze daleka. Bardzo bym chciał, żeby było inaczej. Polacy są już zmęczeni tymi wojenkami między politykami, którzy wywodzą się z jednego pnia „solidarnościowego”.

Paweł Skutecki: Jarosław Kaczyński i Donald Tusk, to dwie strony tej samej monety, to jak wodór i tlen polskiej polityki. Nie mogą istnieć bez siebie, są mocniejsi dzięki sobie, są dla siebie wzajemnie paliwem. Ale pod jednym warunkiem: jeśli stoją na przeciwległych biegunach. Jest to tym prostsze do spełnienia, że po Smoleńsku najtęższe umysły politicalfiction nie potrafiłyby sobie wyobrazić normalnej, czy nawet nienormalnej, ale jakiejkolwiek współpracy między tymi dwoma – bez grama sarkazmu, to mówię – wybitnymi politykami.

Adam Dyląg: W moim odczuciu Donald Tusk żyje w innym świecie. Zresztą, jego wypowiedzi podczas wystąpienia najlepiej oddają to, co sobą prezentuje. Dlatego jeżeli nawet coś tam Platformie się podniesie, to tylko kosztem Hołowni. Nie rozumiem dlaczego szef Europejskiej Partii Ludowej rzuca wszystko i wraca? No chyba, że jednak to był rozkaz! Nic dobrego nie zrobił dla Polski ani dla Unii Europejskiej. Dla mnie to wytrawny polityk umiejący dobrze lawirować. Natomiast Jarosław Kaczyński, to jednak przeciwieństwo. To jest mąż stanu. Dla niego liczy się Polska i polska racja stanu. Pomimo pewnych błędnych decyzji, jak choćby piątka dla zwierząt, to jednak jego działania są długofalowe i służą Polsce. Dlatego nie widzę możliwości jakiegokolwiek porozumienia pomiędzy tymi panami. Może gdyby nie było kwietnia 2010 roku, to byłaby iskierka nadziei na porozumienie.