"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Sobota, 25 listopada 2017 r.
Imieniny obchodzą: Katarzyna, Erazm, Klemens
 
Krzysztof nie żyje
17 sierpnia 2017 r. zmarł w Pradze Krzysztof Derdowski, wieloletni współpracownik redakcji dwutygodnika „Wolna Droga”. Napisał 174 teksty artykułów w cyklach: „Smaki życia” i „Dworcowe opowieści…”
Brak Krzysztofa w zespole redakcyjnym, to wielka strata dla nas, a także dla Czytelników. Na pewno pozostanie na zawsze w naszej pamięci.


Na pytanie, co skłoniło Go do podjęcia współpracy z naszym pismem? Krzysztof odpowiedział tak:
- To po prostu dobrze redagowane pismo branżowe. Z trzydziestoletnią tradycją. Zdarzają się w nim jedynie drobne błędy. Jakieś literówki. Pominięcie czyjegoś nazwiska. Proszę jednak pamiętać, że byłem przez ładnych kilka lat redaktorem naczelnym gazety codziennej i wiem, co to praca pod presją czasu. Nasłuchałem się zresztą wielu zabawnych anegdot o dziennikarskich lapsusach i błędach.
(„Wolna Droga” nr 02/636 - 17 stycznia 2014 r.)

Śp. Krzysztofa Dredowskiego wspomina Jego przyjaciel Paweł Skutecki, poseł na sejm RP
Pamiętam, jak się poznaliśmy. Ktoś mi pożyczył jego debiut powieściowy. Byłem młodym studentem polonistyki, zakochanym w Marku Hłasko, w Bukowskim, w Kerouacu, w powieści chuligańskiej. Przeczytałem „Znikanie” i wsiąkłem.
Przeczytałem kilka razy, musiałem oddać i brakowało na regale tego tytułu. W księgarniach nie można było tak po prostu kupić tej książki. Zdobyłem numer telefonu, zadzwoniłem. - Pan mnie nie zna, ale ja muszę mieć swój egzemplarz „Znikania” - licząc na cud.
Spotkaliśmy się na Starym Rynku. Wypiliśmy piwo. Dostałem w prezencie książkę. Dużo później zrozumiałem, jak ważne jest dla twórcy takie spotkanie z kimś, kto autentycznie jest zauroczony jego twórczością.
Potem straciliśmy kontakt na kilka lat. To była inna liga: znany już pisarz i student. Pod koniec studiów szukałem pracy. Kolega - Krzysztof Lutowski - polecił mi „Ilustrowany Kurier Polski”, gdzie można było sobie dorobić, a nawet liczyć na stałą posadę.
Poszedłem. Redaktorem naczelnym był Krzysztof. Zapytał tylko, o czym chciałbym pisać. - O polityce. - A dlaczego akurat o polityce, nikt nie chce o tym pisać?! - Bo się na tym nie znam, nie wiem, kto jest premierem, a kto prezydentem, będę obiektywny - powiedziałem prosto z mostu i zostałem przyjęty.
Przeszedłem długą drogę od „ulicznika”, redagowania kolumny „papowskiej”, do szefa działu miejskiego niedługo przed spektakularnym pogrzebaniem dziennika. Przez ten cały czas Krzysztof ani razu nie zmienił mi nawet linijki tekstu. Często się spieraliśmy, ale ostatecznie zawsze zostawiał autorowi decyzję. Narzucał tematy, oczywiście - takie prawo redaktora naczelnego, ale zawsze sumiennie dbał o to, żeby oddzielać informację od komentarza. Nauczył mnie respektu, szacunku dla czytelnika.
Zaprzyjaźniliśmy się wówczas. Relacja mistrz - uczeń przerodziła się w relację partnerską. To było dla mnie coś niesamowicie ważnego, kiedy pierwszy raz zaprosił mnie do swojego mieszkania. Mieszkał wówczas jeszcze na Świętojańskiej. Za każdym razem, kiedy tam byłem paliliśmy co najmniej paczkę papierosów (zawsze miętowych Marsów) i piliśmy kilka kaw. Zresztą ten rytuał został do końca, nawet kiedy był już po zawałach...
Później jeszcze kilkukrotnie splatały się nasze drogi zawodowe. Pomagaliśmy sobie, oczywiście. On mnie zarekomendował na rzecznika wojewodzie, ja go zatrudniłem do wprowadzania na rynek kilku tygodników lokalnych (przegadane noce w Golubiu-Dobrzyniu zapamiętam do końca życia), on mi podrzucał zlecenia, ja go wziąłem na redaktora naczelnego „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego”.
Uzupełnialiśmy się. On się nie śmiał z moich irracjonalnych pomysłów biznesowych, które ostatecznie skończyły się bankructwem, a ja z powagą przyjmowałem jego wizje walk bokserskich, w które się swego czasu zaangażował bez reszty. Dwóch wariatów.
Ostatnio sąsiadowaliśmy w „Wolnej Drodze”. On pisał felietony, ja notki. Obojętnie co sobie pomyślicie, dla mnie to był zaszczyt.
Ostatnie lata Krzysztof żył od nagrody do nagrody. Każda „Strzała Łuczniczki” dawała mu zastrzyk finansowy pozwalający na przeżycie.
Kiedy PiS doszedł do władzy byłem pewny, że koledzy, przyjaciele z tego środowiska nie dadzą mu pracować w stróżówce za marne grosze. Oczywiście: niektórzy mu pomagali, pożyczkami, zleceniami. Ale mimo wielu próśb, nikt mu na poważnie ręki nie podał. O to mam żal. Cholerny żal.
Bydgoszcz jest specyficznym miastem. Miastem, które nie docenia artystów. Andrzej Maziec, wybitny fotografik, żyjący ostatnie lata przed śmiercią w zwykłej, brutalnej biedzie. Krzysztof, zarabiający na życie jako stróż. Znany na całym świecie pisarz Wiktor Żwikiewicz, któremu mieszkanie socjalne odświeżają młodzi fani jego literatury. Wiem, że XXI wiek jest brutalny, ale...
Uwielbiałem rozmowy z nim. One nigdy nie kończyły się po godzinie. Miałem świadomość, że tej klasy erudytów nie ma wielu wokół. Oczywiście zwykle nie miałem pojęcia o autorach i książkach, o których opowiadał, a jego fascynacja lewicującą filozofią wydawała mi się cokolwiek dziwna, ale on z równie dużym dystansem i ironią traktował moją słabość do science fiction i filozofii z okolic Wittgensteina. To były rozmowy, które zostaną na zawsze.
Sprowadzanie Krzysztofa do roli pisarza, to za mało. Był inspiratorem, wulkanem intelektu. Nawet, jeśli czasem podśmiewywaliśmy się wszyscy, że jest naczelnym pornografem miasta, to jego powieści dotykały sedna człowieczeństwa tak bardzo, jak to tylko możliwe.
Był w swoich powieściach brutalnie szczery. Pamiętam, że kiedy jedno z największych w kraju wydawnictw było bardzo zainteresowane „Nagą”, Krzysztof ostatecznie odmówił. Mógł wejść przebojem na szczyt, ale odmówił, bo wydawca postawił warunek: usunięcie naprawdę niewiele znaczącego dla fabuły wątku wczesnej, stalinowskiej poezji Wisławy Szymborskiej. Taki był w sztuce: bezkompromisowy.
Takiego pisarza, jak Krzysztof, już nie ma. Był jednym z najlepszych prozaików przełomu XX i XXI wieku. Nie szukał w literaturze niczego oprócz prawdy. Nawet, jeśli bolała. Będzie mi brakowało naszych rozmów.
Do zobaczenia Krzychu!

Tak czuł. Tak pisał.
Oto cytaty z dwóch książek autorstwa Krzysztofa Derdowskiego charakterystyczne dla Jego postrzegania otaczającej rzeczywistości.

(…) Krajobraz mojej młodości. Naoczna wiedza, że w każdej chwili na ulice miast mogą wyjechać czołgi; w każdej chwili mogą zacząć zapędzać ludzi do zamku lub do koncentracyjnego obozu. A w samym centrum tego świata bezpieczna cicha biblioteka i przedwojenne wydania Nietschego, Schopenhauera, Kierkegaarda. Czytałem ich jak szalony. Byli moją wolnością. Wokół stan wojenny, Jan Paweł II, bibuła, Wałęsa, kartki na wódkę i cukier, saturatory, Urban i piwom na Placu Litewskim od 13.00, woda brzozowa wypita w całym mieście!
Krajobraz mojej młodości. Namiętnie czytałem „Wolę mocy” Nietschego w tym bezwolnym kraju, ludzi umęczonych zdobywaniem kiełbasy, chleba, papierosów, ludzi gnijących zębów, szczęśliwych posiadaczy małych fiatów, rozrywających koszule i płaszcze w kolejkach. Życie spod lady. Epopeje zakupu lodówki i skarpetek. Odyseusze w poszukiwaniu mleka w proszku, piw w sobotnie popołudnie. Nasłuchujący, wypatrujący gdzie władza rzuciła sporty, kaszankę i papier toaletowy. Co za poniżenie. Co za wstyd! Przywykliśmy do tego wstydu. Zżyliśmy się z tym wstydem. Krajobraz mojej młodości! (…)
Czytałem gazety z lat czterdziestych, żeby uchwycić jeszcze raz, dokładnie, kiedy rozpoczął się w Polsce socrealizm. W „Ilustrowanym Kurierze Polskim” nieustanne doniesienia o aresztowaniu volksdeutschów. Jeżeli chcieli aresztować volksdeutschów powinni aresztować całe miasto! To przecież miasto voksdeutschów. Trzeba było otoczyć je murem. Dać ludziom opaski z napisem „Volksdeutsch”. Dlaczego aresztowali tylko niektórych volksdeutschów? Żeby pozostali wiedzieli, że mogą być w każdej chwili aresztowani? Miasto ludzi, którzy mogą zostać za chwilę aresztowani. Kartki na rąbankę, buty, mąkę i smalec. Ludzie gotowi, stworzeni jak ulał do aresztowania! Ciemności panujące w tym mieście. Biegi wdzięczności szlakami wkraczania armii czerwonej, szlakami gwałtów, rabunków i zbrodni. Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Pianie kogutów rozlegające się na głównych ulicach miasta, bo ludzi hodują w łazienkach, na strychach i sypialniach kury żeby cudem przeżyć. Komisja Cennikowa. Wydział Aprowizacji. Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Walki ze Szkodnictwem Gospodarczym. Poniżająca codzienność. Wozacy. Rowery. Listy pijaków w codziennych gazetach. Rodzenie się mentalności socrealistycznej! Moi rodzice w tym świecie. Na ulicy Jana Olszewskiego, na poddaszu, ze strychem cuchnącym gołębim łajnem i szczurzymi sikami. (…)
(„Wstyd” Krzysztof Derdowski, rok wydania 2011)

(… ) Kto by pomyślał, że na korytarzach mojej biblioteki będę w pięknych gablotach prezentował podziemne książki z lat osiemdziesiątych. Podczas otwarcia tej ważnej dla dziejów miasta wystawy, która udowodniła, że oprócz konformistów, milicjantów esbeków, tłumów partyjniaków z podstawowych organizacji partyjnych, żyli tu także ludzie odważni: drukarze, kolporterzy, wydawcy olbrzymiej ilości podziemnych ulotek, pisemek i książek, zrozumiałem przyglądając się wypełniającemu korytarze biblioteki tłumowi gości, że jesteśmy tu wciąż sami swoi, no, kilku nowych, kilku już nieobecnych, ale i tak sami swoi: dziennikarze, artyści, towarzysze z PZPR, którzy teraz byli już socjaldemokratami, po różnych meandrach, zawirowaniach, jak powiadają ludzie, są znowu tu razem, a obcymi są cisi, nieobyci faceci, którzy drukowali te książki, ulotki i pisemka podziemne.
Te dupki od podziemnych gazetek zostaną, zostali wydymani przez fachowców z SB, partyjnych aktywistów, te całe milicyjne i wojskowe osiedla w naszym mieście. Ach, te milicyjne osiedla zamieszkałe teraz przeważnie przez emerytowanych gliniarzy, weteranów walk z demonstrantami przed kościołami, ochroniarze pijanych notabli partyjnych, rozbijających się samochodami po mieście lub ich żony, teraz często wdowy, zarozumiałe głupie kobiety, które w ciągu kilkudziesięciu lat zmieniły się z wiejskich piękności oddających się pod remizą jakiemuś plutonowemu, w damy i słuchaczki z pierwszych rzędów filharmonii. To była elita tego miasta.
I nagle wydało mi się, że mimo tylu lat ucieczki, przed tymi, którzy ścigali moich rodziców, przed tymi, którzy dręczyli mnie w młodości, przed moimi prześladowcami, którzy zawsze chcieli czegoś innego niż ja chciałem, przed tymi, którzy nie dawali mi spokoju, znaleźliśmy się znów razem, nierozłączni, skazani na siebie (…)
(„Plac Wolności” Krzysztof Derdowski, rok wydania 2016)
fot. Jacek Nowacki


  Komentarze 2
~wpisz swój nick2017-09-07 09:30:18
Te dwa krótkie cytaty z książek śp.Krzysztofa Derdowskiego, ukazują więcej realizmu, niż dziesiątki przemówień, ślizgających się obrońców różnych odmian demokracji, i nieograniczonych wolności. Wielka to strata, także dla czytelników "Wolnej Drogi".
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.