"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Środa, 13 grudnia 2017 r.
Imieniny obchodzą: Łucja, Otylia, Eugeniusz
 
Kolej na muzykę - „Run Devil Run” - Paul McCartney (1999)
Sezon wakacyjny w pełni. Latem zwykle szukamy muzyki lekkiej, przy której przyjemnie się wypoczywa. Taka właśnie jest jedenasta studyjna płyta z bogatego dorobku Paula McCartney’a, niegdyś basisty legendarnej grupy The Beatles. Album wprawdzie w tym roku będzie świętował swą pełnoletniość, jednak nie zestarzał się ani trochę. Są na nim nowe wersje nieco mniej znanych standardów rockandrollowych oraz trzy premierowe piosenki, które nie odbiegają klimatem od pozostałego materiału.
Myślę, że sukces płycie zapewnił nie tylko sam Macca, lecz także jego współpracownicy, wszak sir Paul zaprosił nie byle kogo. Na gitarach zagrali David Gilmour (choć próżno na płycie szukać nastrojów rodem z Pink Floyd) oraz wpływowy, choć trochę mniej popularny Mick Green. Za perkusją usiadł legendarny Ian Paice, filar Deep Purple, który jako jedyny do dziś jest obecny we wszystkich możliwych wcieleniach grupy.
W 1999 roku McCartney wrócił do grania po rocznej przerwie, spowodowanej żałobą po swej żonie Lindzie, która przegrała walkę z nowotworem. Do studia przyniósł swą starą gitarę basową Höfnera, pamiętającą jeszcze czasy występów w liverpoolskim Cavern Club. Gilmour zagrał na swym słynnym, choć mocno sfatygowanym, Fenderze Esquire, zaś Ian Paice zasiadł za bębnami Pearl i blachami Paiste. Wszystko to zwiastowało powrót do rockandrollowych korzeni, zabarwiony delikatną nutą nostalgii.
I taka właśnie jest ta płyta, pełna wigoru, energii i optymizmu, odwołująca się do początku lat pięćdziesiątych, które ukształtowały muzyczny świat nie tylko McCartney’a, lecz także pozostałych grających z nim muzyków.
Album zarejestrowano w ciągu zaledwie jednego z marcowych tygodni, w londyńskim studio Abbey Road. Muzykom udało się nawiązać do złotego wieku muzyki rockandrollowej. W nagraniach udział wzięli także Geraint Watkins i Pete Wingfield (obaj na instrumentach klawiszowe) oraz Dave Mattacks (perkusja).
Październikową premierę „Run Devil Run”  poprzedziła krótka trasa promocyjna, podczas której muzycy dali koncerty w kilku stacjach telewizyjnych, a przy okazji zawędrowali nawet do legendarnego Cavern Clubu, gdzie przed laty 7 sierpnia 1957 grała Wielka Czwórka, występując jeszcze jako The Quarry Men.
Warto wspomnieć, że podobny powrót do korzeni rock’n’rolla Paul McCartney zafundował sobie także wcześniej, w 1988  roku, wydając w ówczesnym ZSRR album „CHOBA B CCCP”, który uzupełniony o jedno nagranie dopiero dekadę później oficjalnie ukazał się na Zachodzie.
Te płyty są dość podobne, łączą je odniesienia do wczesnych lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, jednak bezpośrednie porównanie wypada na korzyść „Run Devil Run”. Album brzmi znacznie bardziej świeżo, przypominając Maccę z jego najlepszych lat. Być może obecność rówieśników, także weteranów rocka w jakiś sposób go uskrzydlała, a może sprawiło to szybkie tempo pracy, jakie sobie sami narzucili.
Muzycy w studiu doskonale się bawili, tworząc utwory dynamiczne, pełne luzu i beztroski, jakkolwiek jest też parę nieco spokojniejszych piosenek, które jednak nie zmieniają charakteru całej płyty. Realizatorom udało się uchwycić emocje panujące podczas nagrania. Zresztą w ten sposób, co Paul chętnie podkreślał w późniejszych wywiadach, powstało wiele wczesnych utworów The Beatles.
Trzy kompozycje McCartney’a - tytułowa „Run Devil Run” oraz „Try Not To Cry”, jak również „What It Is” doskonale wtapiają się w klimat płyty, sprawiając wrażenie, że również powstały przed wielu laty. Dość porównać tytułową piosenkę i „All Shook Up” z repertuaru Elvisa Presleya, umieszczone na krążku obok siebie. Na płycie jest jeszcze jeden utwór wykonywany niegdyś przez Elvisa – „I Got Stung”.
Powstrzymując się od wszelkich sugestii pozostawiam czytelnikom ocenę, która wersja wypada lepiej. Warto też zwrócić uwagę na piosenki „No Other Baby” (Dickie Bishop / Bob Watson) i wspomnianą „Try Not To Cry”. Przebija z nich żal po stracie ukochanej żony, jednak McCartney dzieli się nim w dyskretny sposób, właściwy tylko dojrzałym artystom.
I jeszcze na zakończenie uchylę rąbka tajemnicy. Tytuł „Run Devil Run” został zainspirowany serią ziołowych kosmetyków (?), które Macca zauważył na wystawie pewnej apteki w USA. Fotografia tego niewielkiego sklepiku trafiła na awers i rewers okładki, zaś zdjęcia kilku produktów znalazły się w książeczce do płyty. Jedno z opakowań zawierało sól kąpielową, inne podobno odpędzały kłopoty i złe duchy. Chętni mogą wypróbować, sklepik dwadzieścia lat temu mieścił się przy 87 Broad Street w Atlancie. Zresztą nie jest to chyba konieczne, bowiem  muzyka z płyty działa podobnie. Na wakacje jak znalazł.
Krzysztof Wieczorek


  Komentarze 2
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.