"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Niedziela, 20 sierpienia 2017 r.
Imieniny obchodzą: Sabina, Sobiesław, Bernard
 
Cała prawda o PKP w „Gazecie Polskiej”
[ 0000-00-00 ]
Rzadko się zdarza, żeby nasi dziennikarze zwyczajnie zazdrościli innym dziennikarzom, że dotarli do rewelacji, sensacji, do których sami nie dotarliśmy. Ale tym razem szczerze zazdrościmy dziennikarzom „Gazety Polskiej”, którzy obnażyli prawdę o tym, co się dzieje na PKP w swojej gazecie. Całą prawdę…

   Dziennikarze „Gazety Polskiej” piszą o ciekawym i bulwersującym zjawisku. A piszą tak:
Rządy PO-PSL przekazały władzę nad PKP ludziom z sektora bankowego, nazywanym przez kolejarzy „bankomatami”. Typowy „bankomat”, to w oczach związkowców garniturowiec o niewielkiej wiedzy o pociągach, natomiast pełen poczucia wyższości nad zwykłymi pracownikami z kilkudziesięcioletnim często stażem. „Bankomat”, sam zarabiając krocie, uważa ich za obciążenie dla firmy i relikt dawnych czasów, który należy poddać wszechobecnej kontroli.
Z kolei zarzuty zwykłych pracowników wobec „bankomatów”, to wprowadzenie do państwowych, kolejowych spółek wielkiej liczby „dojących” je firm zewnętrznych. Nowi ludzie z politycznego rozdania zatrudniani są, ich zdaniem, na bardzo dobrych warunkach, a zwykli pracownicy biedują.

   W rzeczy samej tak właśnie jest na naszej PKP. Władze spółek PKP zamiast jednak ewoluować, naprawiać swoje osobowe składy, zdecydowały się na wojnę ze związkami zawodowymi.
Zwłaszcza z NSZZ „Solidarność” ostentacyjnie odmawiając na przykład kontynuowania prenumeraty „Wolnej Drogi” pisma Sekcji Krajowej Kolejarzy NSZZ „Solidarność”. I „Gazeta Polska” pisze o tej sytuacji dalej tak i bez ogródek:
Referendum strajkowe w spółce PKP SA rozpoczęło się 17 sierpnia i potrwa do 10 września, jednak ważną wskazówką co do nastrojów kolejarzy mogą być wyniki podobnego referendum w innej spółce kolejowej – PKP CARGO SA. Pracownicy biorący w nim udział w 96 proc. opowiedzieli się ze strajkiem.
Jesienny strajk w PKP mógłby być dla rządu szczególnie niewygodny ze względu na wybory parlamentarne, które odbędą się 25 października. Czy to prawdziwy powód wojny, jaką władze spółki wytoczyły związkowcom? Wojny, w której władz PKP nie popiera nawet Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, które – wbrew kolejowym władzom – uznaje toczący się konflikt za spór zbiorowy.

   Związkowcy, o czym pisaliśmy też w „Wolnej Drodze”, zaniepokojeni są tym, że PKP zleca wiele prac firmom zewnętrznym, dając, jak przypuszczają pracownicy PKP, zarabiać horrendalne pieniądze kolesiom członków zarządów spółek. No, sami członkowie zarządów zapewne też „o suchym pysku” i z pustą kieszenią z tych transakcji nie wychodzą. Mówi o tym rozmówczyni „Gazety Polskiej”, szefowa „Solidarności” w PKP SA:
- Pracuję w PKP od 32 lat, w kadrach. Moja rodzina walczyła w Armii Krajowej. Moim konikiem było zawsze prawo pracy i choć mam już wnuki, nie zamierzam zostawić najsłabszych pracowników samym sobie. To, co dzieje się w PKP, to koszmar. Wychowałam się w innych wartościach – opowiada Barbara Miszczuk.
Kobieta twierdzi również w rozmowie z „Gazetą Polską”, że... od półtora roku nastąpiła ze strony PKP niewyobrażalna eskalacja działań mających utrudnić działanie związkowi. Co miało na to wpływ? W 2014 r. kolejowa „Solidarność” wystąpiła do władz spółki o udzielenie informacji publicznej o kosztach poniesionych przez PKP SA w związku z zatrudnieniem firm zewnętrznych, m.in. do obsługi prawnej czy do opracowywania kart charakterystyki pracy. - Bezprawnie odmówiono nam podania tej informacji – mówi Miszczuk.
Zapytaliśmy o to Katarzynę Mazurkiewicz, rzecznika Grupy PKP SA. Odpowiedziała nam, że „koszty obsługi firm zewnętrznych należą do sfery uprawnień zarządczych Spółki, przewidzianych kodeksem spółek handlowych, a nie kodeksem pracy. Nie są bowiem związane z prawem pracy ani działalnością związkową.”
Dlatego jej zdaniem organizacje związkowe „mają prawo żądać tylko tych informacji, które są niezbędne do prowadzenia ich działalności związkowej, a ta opiera się wyłącznie na reprezentowaniu zbiorowych i indywidualnych interesów pracowników. Decyzje handlowe Spółki nie leżą w tym obszarze zainteresowania związków zawodowych”.

   Dobre, co? Robole morda w kubeł. Zarząd kolejowej spółki ogłasza ni mniej, ni więcej, tylko swoją bezkarność. „Gazeta Polska” sięga jednak po opinię specjalisty od prawa pracy i informuje: Radca prawny Jacek Bąbka, prezes Fundacji Badań nad Prawem, negatywnie ocenia zachowanie władz spółki: - To ciężko chore. Informacja publiczna przysługuje każdemu obywatelowi.
I teraz następuje w przywoływanym tu artykule wykaz szykan i represji wobec Barbary Miszczuk, która ośmieliła się zapytać władze PKP o to, co to się dzieje z tymi zleceniami dla firm zewnętrznych. Okazuje się, że władze spółki zabrały się za przeglądanie korespondencji Miszczuk (!?).
   „Gazeta Polska” skrupulatnie relacjonuje, co dzieje się dalej: Pismo do dyrektora PKP Jakuba Karnowskiego w tej sprawie skierowała jej adwokat Anna Kasolik. „W stosunku zaś do mojej Mandantki miejsce mają powtarzające się, bezprawne zachowania, polegające m.in. na przejmowaniu i rozpowszechnianiu prywatnej korespondencji mojej Klientki” – napisała Kasolik i dodała, iż Miszczuk „wielokrotnie sygnalizowała przełożonym problem naruszania korespondencji i mimo zapewnień Pana Dyrektora Krzysztofa Gacka w ostatnim piśmie z dnia 15 maja 2015 roku, iż zaprzestanie się otwierania jej listów, sytuacja powtarza się nadal.”
I teraz robi się już zabawnie. Dziennikarze „Gazety Polskiej” informują: Rzecznik Mazurkiewicz [z PKP – przypis „Wolna Droga”] przyznaje, że otworzono przesyłkę dla przewodniczącej związku, ale tylko raz i to... omyłkowo. „W roku 2014 mieliśmy jedną sytuację, w której pracownik kancelarii ogólnej Spółki w Oddziale Gospodarowania Nieruchomościami w Krakowie, obsługujący codziennie dziesiątki przesyłek, przez nieuwagę otworzył kopertę z korespondencją sądową skierowaną do związku zawodowego” – napisała rzecznik w e-mailu do „GP”. Jej zdaniem „sytuacja została wyjaśniona (...), a pracownik poniósł konsekwencję swojego działania, tj. został odsunięty od obsługi korespondencji, zgodnie z wnioskiem zainteresowanego związku zawodowego.”
No, przypadkowo otworzyli nie swoją korespondencję. Też mi wielkie co? Robole się burzą. Jacy przewrażliwieni.
   Ale to nie koniec szykan, a właściwie zwykłego chamstwa. Miszczuk opowiada o tym „Gazecie Polskiej” ze szczegółami. Okazuje się, że władze PKP udostępniły klucze do pomieszczeń związkowych osobom nieuprawnionym. I dochodzi do takich sytuacji, o których „Gazecie Polskiej” opowiada Miszczuk: - Był przypadek, kiedy jedna z osób weszła do naszego pokoju, nie wiedząc, że jeszcze nie wyszłam z pracy – wspomina. Jak mówi, po jednym z takich zajść została posądzona o uderzenie pracownika. Nie wiedział on jednak, że w pomieszczeniu jest jeszcze jedna osoba, która była świadkiem zdarzenia. – Gdybym była sama, to dzisiaj odsiadywałabym wyrok – uważa Miszczuk. Jak mówi, jeden z pracowników zapytał ją wprost, czy nie obawia się o swoje życie, stając na drodze interesom potężnych sił robiących interesy na majątku spółki.
No, metody jak w małej gminnej masarni, a nie w jednej z wielkich spółek skarbu państwa. Nie zapominajmy, że za tymi praktykami stoi autorytet państwa rządzonego przez PO, bowiem PKP, to rządowa spółka podlegająca ministerstwu. A to autorytet, pożal się Boże! Metody, że właściwie wstyd o nich pisać.
   I znów w sprawie głos zabiera przywoływana już przez „Gazetę Polską” mecenas Anna Kasolik, która pisze do mędrców ze spółki: „Na tle zaistniałego konfliktu o łamanie tajemnicy korespondencji nadmienić należy o sytuacji, w jakiej doszło do pomówienia, jakoby moja Mandantka uderzyła jednego z pracowników departamentu prawnego, a to Panią Marię Wasilewską. Podawanie i upowszechnianie przez Panią Marię Krogulec informacji powyższego oszczerstwa wśród załogi niewątpliwie narusza dobre imię mojej Klientki, jak i naraża na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania pracy.”
A co na to władze spółki. Idą w zaparte i twierdzą, że klucza osobom postronnym nie udostępniały. To jak się te osoby do pomieszczeń związkowców dostawały? Mądrale z PKP milczą.
   I dalej „Gazeta Polska” pisze: „Solidarność” w PKP SA próbowała podjąć negocjacje z władzami spółki już prawie rok temu. Od tamtego czasu domaga się podwyżek o 500 zł na jednego zatrudnionego. Wystąpiła wtedy m.in. z postulatami zaprzestania utrudniania wykonywania działalności związkowej i przestrzegania praw i wolności związkowych.
Jak mówi Miszczuk, pracodawca przystąpił wówczas do dialogu społecznego, lecz strony nie doszły do porozumienia. – A to oznaczało, że postulaty związku zawodowego winny być rozstrzygane zgodnie z procedurą określoną w ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Niestety pracodawca nie uznał istnienia sporu zbiorowego i odmówił przystąpienia do rokowań - stwierdza.
Jak opowiada, władze spółki zaczęły uprzykrzać jej życie na różne sposoby. Zwoływały rozmowy z dnia na dzień, doprowadzając ją do takiego wyczerpania, że zasłabła w siedzibie spółki.
- Nie mogłam nawet poruszać się na terenie spółki, mimo że tam znajduje się siedziba związku. Okazało się, że moja karta dostępu została zablokowana, mogłam wejść tylko do pokoju związku i departamentu, w którym jestem zatrudniona – opisuje szykany. „Oburzające i niezrozumiałe jest niespodziewane ograniczenie mojej Klientce dostępu do pomieszczeń zakładowych, innych niż jej miejsce pracy, podczas gdy członkowie pozostałych związków zawodowych nie doznali takiego ograniczenia” – napisała do prezesa firmy Anna Kasolik.

   Awanturą i gorszącymi praktykami władz PKP zainteresował się poseł PiS Andrzej Adamczyk, który powiedział „Gazecie Polskiej”: - Z jednej strony zdarza się przypadkowe otworzenie korespondencji związkowej, z drugiej odmawia się związkowcom informacji o spółkach zewnętrznych, informacji kluczowej dla działania spółki. Nie rozumiem, z jakich przyczyn zarząd PKP SA postanowił iść na wojnę ze związkami, powinien przecież dbać o harmonijną współpracę.
Należy mieć tylko nadzieję, że pan poseł PiS po najprawdopodobniej wygranych przez jego partię wyborach o sprawie szykan na PKP nie zapomni. Pamięć pana posła w odpowiednim czasie sprawdzimy.
   Związek o aferze zawiadomił także ministra pracy. Ministerstwo wyznaczyło negocjatora. I ten z kolei wyznaczył termin negocjacji na 11 sierpnia 2015 r. Nikt z władz PKP na negocjacje się nie zjawił. Oni - władza PKP - z robolami negocjować nie będą.
I „Gazeta Polska” informuje: ...od 17 sierpnia „Solidarność” rozpoczęła przeprowadzenie referendum strajkowego. Jak twierdzi Miszczuk, w odpowiedzi na tablicach w firmie wywieszona została informacja, że strajk będzie uznany przez jej władze za nielegalny. Szefowa „Solidarności” mówi, że ciągle dostaje sygnały, iż pracownicy są zastraszani: słyszą pogróżki, że jeśli w referendum opowiedzą się za strajkiem, stracą pracę.
Co na to spółka PKP SA? Jak przyznała rzecznik Mazurkiewicz, zarząd faktycznie poinformował pracowników, że „ewentualne zorganizowanie i przeprowadzenie przez Sekcję Zawodową NSZZ „Solidarność” PKP SA strajku na terenie zakładu pracy będzie traktował jako działania nielegalne” i odmówił uznania jej żądań za „złożone w trybie ustawy (...) o rozwiązywaniu sporów zbiorowych.”

No i mamy szantaż, presję, wymuszenia. Sobiepaństwo w PKP w pełnej krasie, czyli szantażowanie pracowników i nie uznawanie sporu zbiorowego wdrażanego przez związkowców z pełnym zachowaniem procedur prawnych.
I na nic pismo wiceministra infrastruktury, który próbuje przywrócić rozum prezesowi PKP Jakubowi Karnowskiemu i pisze, jak odnotowuje „Gazeta Polska” tak do rzeczonego prezesa Karnowskiego: Sam akt wskazania mediatora i poinformowania o tym stron sporu zbiorowego uznać należy za wiążący dla stron. Mając powyższe na względzie, podtrzymuję stanowisko, wyrażone w piśmie z dnia 9 marca 2015 r. (...) o wskazaniu (...) mediatora z listy przy Ministrze Pracy i Polityki Społecznej do prowadzenia mediacji w sporze zbiorowym pomiędzy Sekcją Zawodową NSZZ „Solidarność” w PKP SA a Zarządem PKP SA w Warszawie.
Święte słowa, panie wiceministrze… Tylko, co dalej?
   Szykany wobec związkowców są jednoznacznie interpretowane przez prezesa Fundacji Badań nad Prawem Jacka Bąbka, który mówi „Gazecie Polskiej”: - To naruszenie ustawy o związkach zawodowych, które skutkuje karami z kodeksu karnego. Pracownicy powinni złożyć zawiadomienie do prokuratury – mówi Jacek Bąbka.
Związkowcy zarzucają też władzom spółki, że w czerwcu zorganizowały piknik dla pracowników spółki i ich rodzin, na który nie wszyscy pracownicy zostali zaproszeni. Ich zdaniem mógł on kosztować nawet 300-400 tys. zł. Rzecznik Grupy PKP wyjaśniła nam, że do udziału w pikniku zaproszono „pracowników Centrali oraz Oddziału Gospodarowania Nieruchomościami w Warszawie.” – To nieprawda, wielu pracowników Centrali nie zostało zaproszonych. Świetnie bawiły się za to władze – za pieniądze, które mogłyby iść na podwyżki dla pracowników – mówi Miszczuk. PKP SA nie odpowiedziały na nasze pytanie, ile kosztowało zorganizowanie pikniku.
   Ale wkoło jest wesoło, co? Znakomity materiał „Gazety Polskiej”. Gratulujemy. I wierzymy, że po wyborach 25 października odpowiednie instytucje uwiną się raz, dwa.
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.