"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Niedziela, 28 maja 2017 r.
Imieniny obchodzą: Augustyn, Jaromir, Wilhelm
 
Kolejowa „Solidarność“ na szczytach Alp
[ 0000-00-00 ]
   Druga edycja programu „Kolejowa Solidarność na szczytach Alp“ odbyła się w dniach od 18.07. do 25.07.2014 r. Wyprawa miała na celu wejście na kilka czterotysięczników w masywie Monte Rossa, znajdującego się w rejonie Doliny Aosta, we włoskiej części Alp.
Uczestnikami wyprawy, oprócz niestrudzonego animatora górskich podróży Jana Gaidy (PKP Cargo SA - Zakład Śląski w Tarnowskich Górach), byli: Anna Wojewoda (PKP Cargo SA - Centrala Spółki w Katowicach), Bogusława Dąbrowska (pielęgniarka – Tarnowskie Góry), Grażyna Filus (PKP Cargo SA - Centrala Cargo w Katowicach), Wioletta Drożdowska (PKP Cargo SA - Centrala Spółki w Krakowie), Janusz Bondaruk (PKP Cargo SA - Zakład Centralny), Józef Głowacki (spoza kolei) i Henryk Sikora (PKP PLK SA - ZLK Kraków).
   Aby dotrzeć w rejon Alp, w którym zaplanowaliśmy naszą akcję górską, musieliśmy pojechać dwoma samochodami przez Niemcy, Szwajcarię, alpejską przełęcz Furkapass, by w końcu dotrzeć do Grassoney La Trinite, a dokładnie do miejsca, które nazywa się Stafal.
Część grupy zanocowała w namiotach przed okoliczną kapliczką, a część wyruszyła w górę kabinową kolejką linową.
Pogoda była kiepska. W około chmury, z których padał przelotny deszcz. Pomimo niesprzyjającej aury, po wyjściu z górnej stacji kolejki (Gabret), wyruszyliśmy błotnistą ścieżką, aby dojść po blisko dwóch godzinach do trawiastego wypłaszczenia nad niewielkim jeziorem. Miejsce to jest wysoko ponad górną granicą lasu, wokoło ani jednego drzewa lub krzaka, wszędzie trawa i kamienie. To wszystko w potężnej dolinie, zawieszonej na wys. ok. 2.500 m, zamkniętej z trzech stron szczytami.
Tam też rozbiliśmy swoje namioty. Ranek obudził nas wspaniałym słońcem i bezchmurnym niebem. Niespodzianką była niska temperatura i lód na namiotach, po nocnych opadach deszczu.
Niestety, słońcem cieszyliśmy się tylko przez kilka godzin. W południe niebo zasłoniły groźnie wyglądające chmury.
   W ramach aklimatyzacji, dotarliśmy do miejsca położonego na wysokości 3.100 m. Tam też, w skalnych wypłaszczeniach, rozbiliśmy nasze namioty. Od tej wysokości w górę leżał już śnieg. Mając do dyspozycji sporo czasu, weszliśmy na pobliską przełęcz, w jednej z bocznych grani, z której pomimo zachmurzenia można było zobaczyć czoło lodowca, opadającego ze szczytu Liskamm (jeden z wyższych i trudniejszych szczytów w masywie Monte Rossa).
Tę noc będę wspominał długo, szczególnie ze względu na przenikliwe zimno, bez przerwy padający deszcz, z potwornym wiatrem. Warunki te zmusiły mnie do tego, że w środku nocy musiałem nasz namiot wzmacniać dodatkowymi kamieniami, aby go nie zwiało. Huk był jak w maszynowni, a uderzenia wiatru w namiot nie pozwalały na spokojny sen.
   Udało się. Przetrwaliśmy noc. Chmury i świeży opad śniegu przywitał nas o świcie. Ruszyliśmy dalej, krok po kroku, czasami grzęznąc w mokrym śniegu, zdobywaliśmy wysokość. Droga biegła po ogromnych płatach śniegu i skałach. Towarzyszył nam ostry wiatr, który skutecznie rozrywał chmury.
Dotarliśmy w końcu do schroniska Mantova Hut (3.498 m.n.p.m.). Po krótkim odpoczynku, idąc ciągle w górę po niewielkim fragmencie lodowca, dotarliśmy do miejsca, gdzie zaplanowaliśmy nasze następne noclegi (okazało się, że były dwa), do schroniska Rifugio Gnifetti (3.647 m.n.p.m.).
Dostaliśmy wieloosobowy „pokój“, gdzie znajdowało się kilka trzypiętrowych łóżek. Każdy z nas zajął „swoje“. Marzyliśmy o odpoczynku i o pięknej pogodzie nastepnego dnia.
I tak sie stało. Pobudka o 5 rano, śniadanie, pakowanie, ubieranie sprzętu (uprząż, raki) i wymarsz o godz. 6 rano na lodowiec. Nie byliśmy pierwsi. Przed nami dziesiątki ludzi, jeden za drugim, w zespołach spiętych linami zdobywało kolejne metry na lodowcu. Na szczęście świeży śnieg był tym razem zmrożony, dzięki czemu, w pięcioosobowym zespole zasuwaliśmy przed siebie niczym pociąg. Błękitne niebo i dobra widoczność pozwalały na dostrzeżenie znanych alpejskich szczytów Mount Blanc, Matterhorn i wielu innych, które widoczne były, aż po horyzont.
   Po blisko 6 godzinach wspinaczki zdobyliśmy jeden z wyższych okolicznych szczytów Punta Gniffeti (Signalkuppe – 4.554 m n.p.m., leży na granicy między Szwajcarią a Włochami). Na szczyt weszli: J. Gaida, W. Drożdowska, J. Bondaruk, J. Głowacki i H. Sikora. Charakterystyczne dla tego szczytu jest to, że na jego wierzchołku znajduje się najwyżej położone schronisko w Europie – Maryherita.
Widoki były piękne, chociaż od dołu kłębiły się już chmury, podchodzące z każdą godziną coraz wyżej. W drodze powrotnej weszliśmy na jeszcze jeden czterotysięcznik Balmenhorn (4.167 m.n.p.m.), na wierzchołku którego znajduje się statua Cristo della Vette i schron turystyczny.
   Kiedy dotarliśmy do „naszego“ schroniska idąc w rozmiekłym śniegu, zapadając się co któryś krok, niebo było już zasnute chmurami.
Około godz. 16 zaczął padać snieg z deszczem. Pogoda na dobre się załamała, czego doświadczyliśmy następnego dnia rano. Znowu padał deszcz, na przemian z mokrym śniegiem, co skutecznie uniemożliwiało nam wejście na któryś ze szczytów.
Niestety beznadziejna prognoza pogody zmusiła nas do podjęcia decyzji o zejściu w dół do Doliny Grassoney. Na szczęście w drodze powrotnej, pomimo zawieszonych nad nami chmur, nie padało.
Po kilku godzinach byliśmy już przed kolejką, którą zjechaliśmy do Stafal i jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy w drogę powrotną do Polski.
   W trakcie wyprawy zrealizowaliśmy nasz cel, którym było wejście na co najmniej jeden czterotysięcznik. Punta Gnifetti, na wysokości 4.556 m, to piękna i jak na warunki alpejskie wysoka góra.
Dla niektórych z uczestników wejście na nią było rekordem życiowym albo największą wysokością w Alpach. Szkoda, że nie wszystkim z naszej grupy udało się dotrzeć do takiej wysokosci. Kolejny raz alpejska surowa i zmienna pogoda miała największy wpływ na przebieg akcji górskiej.
   Realizacja programu „Kolejowa Solidarność na szczytach Alp“ jest kolejnym przykładem pokazującym ludzi na codzień pracujących w kolejowych spółkach i ukazania innego obrazu pozazawodowych zainteresowań i pasji. Bo na pewno taką pasją są góry, ich przemieżanie, obcowanie z przyrodą, pokonywanie swoich słabości i ograniczeń, zmaganie się z zagrożeniami i niebezpieczeństwami, które czyhają nawet w najmniej spodziewanym momencie.
Góry zbliżają ludzi poprzez solidarną współpracę w zespole, uczą pokory i pomagają z innej perspektywy spojrzeć na wiele spraw. Choćby na naszą codzienność, w której jesteśmy zanurzeni i ciągły pęd życia, któremu się poddajemy. Czasami ważne sprawy redukowane są do takich, które nie mają żadnego znaczenia, kiedy trzeba robić wszystko, by przetrwać albo wręcz walczyc o życie.
Co ma wtedy znaczenie?
   Znikąd tego tak dobrze nie widać, jak z lodowca, przeoranego głębokimi szczelinami i z alpejskich zaśnieżonych czterotysięczników, których w całym masywie Monte Rossa jest aż 10. Będąc na miejscu każdy może wybrać, któryś z nich dla siebie, na który chce wejść, w zależności od swoich predyspozycji i możliwości, ale trzeba najpierw tu być, jakość tu dotrzeć.
Niektórym z nas się to udało. I za to chwała Panu.
Henryk Sikora
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.