Portal dwutygodnika
[wpseo_breadcrumb]

Felietony

Rodzaje komunikacji

 

Komunikowanie może przybierać różne formy w zależności od relacji zachodzących między uczestnikami. W dzisiejszej części moich rozważań przedstawię charakterystyki podstawowych form interpersonalnego porozumiewania się.

(Cdn.)

Zbigniew Wolny

 

zbigniew.wolny@wolnadroga.pl

Widać, że marzec jest dla rolników dobrym czasem do protestów. Tak było za komuny i tak też jest dzisiaj. Budząca się nieśmiało wiosna rozpala emocje w ludziach, którzy żyją z roli. Nie zawsze są to emocje pozytywne.

Przez wieki rolnicy byli uzależnieni od kaprysów przyrody. Pogoda mogła sprawić, że głodowały całe rodziny. A przecież susze, powodzie, gradobicia, pożary to tylko wierzchołek góry tragedii, które spotykały ludzi żyjących w symbiozie z naturą. Przyroda bywa oczywiście oszałamiająco piękna, hipnotyzuje swoim pięknem i obfitością darów, ale potrafi być bezwzględnie okrutna. Dostępne powszechnie ubezpieczenia nieco zmniejszyły ryzyko głodu i bezdomności na wsi, ale przecież nie zlikwidowały go całkowicie. Wciąż w obliczu potęgi natury bywamy kompletnie bezradni, jak to miało miejsce przecież nie tak znowu dawno w okolicy Rytla, gdzie nawałnica zrobiła spustoszenie, jakiego nie pamiętali najstarsi mieszkańcy.

Do nieobliczalności i nieprzewidywalności przyrody przywykliśmy. Uczą nas tego bajki, legendy, opowieści zmyślone i fakty historyczne. Jesteśmy od dziecka przyzwyczajeni do tego, że z żywiołem nie da się wygrać, można go próbować okiełznać, ale nigdy nie wolno stracić przed nim respektu.

Dzisiaj rolnicy mówią, że w porównaniu do polityków, natura bywa też łaskawa. Politycy od zawsze traktują wieś jako zaplecze armatniego mięsa i niskokosztowych wpływów do budżetu? Patrząc na historię trudno polemizować z takim poglądem. Patrząc tylko na ubiegły wiek widać wyraźnie, że mieszkańcy wsi byli traktowani instrumentalnie przez wszystkie rządy, wszystkie systemy polityczne i wszystkie partie, mimo że całą Europę przed koszmarem bolszewizmu obronili Polacy właśnie wtedy, kiedy premierem był chłop, Wincenty Witos.

W marca 1981 roku rolnicy postanowili okupować bydgoskie biura Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, czym uruchomili lawinę, której ostatnim kamyczkiem był upadek PRL i całego Układu Warszawskiego. Mogło się wydawać, że na początku chłopi w Bydgoszczy chcieli tylko i aż rejestracji chłopskiej Solidarności, przynajmniej tak to wyglądało na poziomie najbardziej oczywistym. Tak naprawdę chcieli zmian, prawdziwych, głębokich zmian. Widać przecież było gołym okiem, że komuna doszła do ściany. System był niewydolny, jasne – ale przecież nie on pierwszy i nie ostatni. Niewydolność systemu nie jest jak się wydaje główną przyczyną buntów. Więc co?

Wydaje mi się, że systemy padają wtedy, kiedy ludzie zaczynają widzieć ich nędzę intelektualną, brak prawdziwej legitymacji do stanowienia prawa i obyczaju, pusty zbiór zasad moralnych i etycznych stanowiących fundament władzy. Brzmi to może zbyt górnolotnie, ale mówiąc wprost chodzi o to, że ludzie zamiast władzę szanować, poważać, a przynajmniej się jej bać, zaczynają się z niej śmiać. Taki można zarysować schematyczny cykl upadku danej władzy, czy nawet konkretnego systemu: najpierw ludzie liczą na to, że władza się zmieni, że kolejny rząd będzie lepszy, bardziej skupiony na rozwiązywaniu problemów, niż na ich tworzeniu. Później drwią z władzy, próbują maskować pozornie bezsilną wściekłość nieobyczajnymi żartami, ironią, satyrą, pospolitą drwiną. Wreszcie odmawiają posłuszeństwa.

Na którym etapie są dzisiaj polscy rolnicy? Mają za sobą nadzieje, że kolejny rząd stanie twardo po ich stronie, nie liczą też na mityczny rozum „zachodniej”, „cywilizowanej” Europy, która okazała się skupiona wyłącznie na końcu własnego nosa. Drwiny z debat o krzywiźnie banana i klasyfikacji gatunkowej ślimaka (ryba to, czy nie ryba?) mamy też już za sobą.

Teraz obie strony doszły do ściany. Dla Unii Europejskiej polscy (ale przecież nie tylko polscy!) rolnicy to źródło zbędnego dwutlenku węgla i czynnik ryzyka dla obszarów chronionych, a dla rolników Unia jest dzisiaj okrutnym, bezmyślnym i bezwzględnym okupantem. Bój idzie nie przekonanie kto ma rację, ale o fizyczny byt. Tak przynajmniej mówią rolnicy, którzy z mniejszym czy większym zrozumieniem przeczytali dokumenty unijne mówiące o zeroemisyjności, Zielonym Ładzie i innych sztandarowych projektach zdecydowanie lewoskrętnej elity Paryża i Berlina.

Polski rząd stoi okrakiem na pieniądzach, które Unia nam pożyczyła w ramach planu odbudowy. Koalicja Obywatelska lwią część programu wyborczego opierała na tych właśnie pieniądzach i teraz nie może powiedzieć unijnym liderom, że w jakiejś kwestii się nie zgadza, że wyżej stawia interes polskich rolników niż ideologię, na której opiera się wizja europejskiej przyszłości.

A rolnicy? Postrajkują, zrażą do siebie miastowych i wrócą pokornie do swoich gospodarstw pracować na odsetki od kredytów? Czas pokaże. Jedno wydaje się pewne: zbliżamy się do poważnego przesilenia.

Paweł Skutecki

 

pawel.skutecki@wolnadroga.pl

„Pieniądze sprawiają, że świat się kręci” śpiewają Liza Minnelli i Joel Grey w filmie „Kabaret”. Przyznać trzeba, że oglądając „Kabaret” w czasach PRL nie byliśmy w stanie tak dobrze zrozumieć treści tytułowej piosenki, jak dziś – w państwie kapitalistycznym. Historia Polski po 1990 to m.in. historia relacji pomiędzy biznesem a polityką. Relacji, które podlegają drobiazgowej reglamentacji, ukierunkowanej na zachowanie standardów demokratycznych – tak, jak je dziś rozumiemy. Elementem tych regulacji są zasady finansowania kampanii wyborczych, ustalone w rozdziale 15 kodeksu wyborczego (art. 125 i nast.).

Bez pieniędzy nie da się też robić polityki… Przypomina nam o tym wydarzenie sprzed kilku tygodni. Na początku marca najmłodszy poseł w sejmie został usunięty ze swojej partii w związku z doniesieniami „Trybuny Opolskiej” o organizowaniu przezeń – jak napisał to dziennikarz, Mateusz Majnusz – „Lewej kasy na wybory”. Nie odnosząc się do samego wydarzenia, które zapewne będzie jeszcze przedmiotem badań odpowiednich służb, wydarzenia smutnego chociażby z tego względu, iż poseł jest prapraprawnukiem powstańca styczniowego i praprawnukiem – powstańca śląskiego (życzmy młodemu posłowi oczyszczenia z zarzutów) – zrelacjonować pragnę w tym tekście istotę regulacji, które miałyby być naruszone przez posła.

Ustawodawcy chodzi o to, żeby uniknąć zagrożenia klientelizmem, znanym niektórym systemom politycznym, w których oligarchowie utrzymują swoje partie i za ich pośrednictwem sterują parlamentem. Z tego względu finansowanie kampanii wyborczej jest jawne i kontrolowane.

Kampanię wyborczą prowadzą komitety wyborcze wyborców lub komitety wyborcze partii politycznych (te mogą finansować kampanię wyłącznie z funduszy wyborczych partii).

Za gospodarkę finansową komitetu wyborczego odpowiedzialny jest i prowadzi ją jego pełnomocnik finansowy, który w pierwszej kolejności ponosi też odpowiedzialność za zobowiązania majątkowe komitetu. Bez jego pisemnej zgody nie można zaciągać żadnych zobowiązań finansowych w imieniu i na rzecz komitetu. Gdy z majątku pełnomocnika nie można pokryć roszczeń wobec komitetu wyborczego, odpowiedzialność za zobowiązania majątkowe ponosi partia polityczna albo organizacja, która utworzyła komitet lub też solidarnie osoby wchodzące w jego skład.

Komitet wyborczy może pozyskiwać i wydatkować środki jedynie na cele związane z wyborami i mogą to być wyłącznie środki, zebrane od dnia przyjęcia przez organ wyborczy zawiadomienia o utworzeniu komitetu do dnia wyborów. Wydatki należy zakończyć do chwili złożenia sprawozdania finansowego. Komitet nie może udzielać korzyści majątkowych innemu komitetowi wyborczemu oraz przeprowadzać zbiórek publicznych.

Kampanię można finansować z wpłat obywateli polskich mających miejsce stałego zamieszkania na terenie RP oraz kredytów bankowych zaciąganych wyłącznie na cele związane z wyborami.

Suma wpłat od konkretnego obywatela na rzecz danego komitetu wyborczego nie może przekraczać piętnastokrotności minimalnego wynagrodzenia za pracę, obowiązującego w dniu poprzedzającym dzień ogłoszenia wyborów.

Jedynie kandydat na prezydenta RP, posła i senatora będący obywatelem polskim może wpłacić na rzecz komitetu wyborczego sumę nieprzekraczającą 45-krotności minimalnego wynagrodzenia. Nadwyżki wpłat przepadają na rzecz Skarbu Państwa.

Inne korzyści, niepieniężne, są dopuszczalne w ograniczonym zakresie. Wolno korzystać z nieodpłatnego rozpowszechniania plakatów i ulotek wyborczych, pomocy w pracach biurowych oraz wykorzystania przedmiotów i urządzeń, w tym pojazdów mechanicznych – wykonywanych i udostępnianych nieodpłatnie przez osoby fizyczne.

Wolno również korzystać z nieodpłatnego udostępniania miejsc do ekspozycji materiałów wyborczych przez osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej w zakresie reklamy oraz z takiegoż udostępniania lokali osób fizycznych, organizacji i partii tworzących komitet.

Komitety wyborcze mogą wydatkować na agitację wyborczą wyłącznie kwoty ograniczone granicami ustalonymi w przepisach szczególnych kodeksu.

Z gospodarki środkami finansowymi sporządza się sprawozdanie, kierowane do organu wyborczego. Od odrzucenia sprawozdania przez PKW przysługuje pełnomocnikowi finansowemu prawo wniesienia skargi do Sądu Najwyższego. Od orzeczenia Sądu Najwyższego nie przysługuje już żaden środek prawny. Analogiczne regulacje odnoszą się do skargi do sądu okręgowego na odrzucenie sprawozdania przez komisarza wyborczego.

Niezłożenie sprawozdania wyklucza uzyskanie dotacji lub subwencji. Odrzucenie sprawozdania pomniejsza tę dotację (subwencję) o trzykrotność zakwestionowanej sumy, lecz nie więcej, niż do 25% należnej pierwotnie kwoty.

A dotacje i subwencje to nie są małe kwoty. Za każdy uzyskany mandat posła i senatora partia (komitet) uzyskuje dotację podmiotową w wysokości średniej kwoty kwalifikowalnych wydatków na kampanię. Inaczej mówiąc, dotacja ta jest równa sumie wydatków na kampanię wyborczą (do wysokości limitów) komitetów, które uzyskały co najmniej 1 mandat, podzielonej przez 560 i pomnożonej przez liczbę mandatów posłów i senatorów uzyskanych przez dany komitet wyborczy.

Ponadto partia polityczna, która w wyborach do Sejmu samodzielnie otrzymała w skali kraju co najmniej 3% ważnie oddanych głosów na jej okręgowe listy albo weszła w skład koalicji, której okręgowe listy otrzymały co najmniej 6% głosów, ma prawo do otrzymywania przez okres kadencji subwencji na działalność statutową, ustaloną na zasadzie stopniowej degresji. Subwencję tę traci, gdy jej sprawozdanie finansowe z wydatków wyborczych jest odrzucone.

Z jednej strony więc błędy i nadużycia w gospodarowaniu pieniędzmi na wybory mogą być boleśnie dla partii karane, z drugiej jednak – zdobycie tych środków jest na tyle istotne, że niekiedy wiąże się z pokusą naruszenia obowiązujących zasad. Bez pieniędzy nie da się przecież robić polityki, a poszukiwanie ich poza budżetem państwa jest ryzykowne.

Piotr Świątecki

 

piotr.swiatecki@wolnadroga.pl

Rozpocznę od cytatu z kultowego „Misia”: …dla uczczenia trzydziestej pierwszej, okrągłej rocznicy naszego przedsiębiorstwa!

Ano chcę właśnie uczcić „okrągły” – 900. numer „Wolnej Drogi”.

Historia „Wolnej Drogi” jest burzliwa, tak jak burzliwe są dzieje Polski. W szczególnym czasie naszej najnowszej historii – latach 1980-1981 – powiew wolności odurzył cały naród. Otwarcie zaczęto zadawać trudne pytania, oczekiwano coraz więcej i więcej informacji, i to nie tej oficjalnej – manipulowanej i zakłamywanej – ale tej prawdziwej.

Na tej fali uniesienia zaczęły pojawiać się coraz to nowe periodyki i wydawnictwa, które wrastając w otaczającą rzeczywistość hołdowały naczelnej zasadzie – nieść płomień swobody.

Nie ominęło to również środowiska kolejarskiego, które potrzebowało SWOJEGO pisma, ze SWOIMI problemami, przedstawiającego rzeczywisty obraz PKP.

Dlatego 20 lutego 1981 roku ukazuje się pierwszy numer „Semafora”, pisma Międzyokręgowej Komisji Porozumiewawczej Kolejarzy NSZZ „Solidarność”. W tym kształcie dotrwało do 13 grudnia 1981 roku, pojawiając się stosunkowo regularnie, jako tygodnik bądź dwutygodnik.

Stan wojenny – okres bibuły. Również „Semafor” schodzi do podziemia, walcząc słowem z czołgami, SKOT-ami, koksownikami i „kałachami”. To czas wyroków w procesach wydawców i kolporterów drugiego obiegu, wśród których znaleźć można także ludzi związanych z naszym pismem.

W roku 1982 „Semafor” daje zielone światło „WOLNEJ DRODZE”. Pojawiając się dość nieregularnie dotrwaliśmy do końca 1989 roku, by ogłosić światu początek końca komunizmu.

1989-1993, to czas dwutygodnika „Wolna Droga” pisma Okręgowej Sekcji Kolejarzy NSZZ „Solidarność” Region Dolny Śląsk, który szatą graficzną i niewielką objętością jako żywo przypominał okres stanu wojennego.

1994, to rok następnego przełomu, a w zasadzie dwóch przełomów. Styczeń, to miesiąc, kiedy „Wolna Droga” pojawia się jako miesięcznik w nowej szacie graficznej, lecz wciąż jeszcze jako pismo Okręgowej Sekcji Kolejarzy NSZZ „Solidarność” Region Dolny Śląsk.

Sierpień 1994 – numer 200 – „Wolna Droga” staje się pismem Sekcji Krajowej Kolejarzy NSZZ „Solidarność”.

Lipiec 1999 – „Wolna Droga” zmienia swój cykl wydawniczy, by co dwa tygodnie móc przekazywać wszystko to, co dzieje się zarówno na „podwórku” kolejowym, jak i w szeroko rozumianym życiu publicznym.

Równie ważną datą jest 23 lutego 2001 r., kiedy to ukazuje się 300 numer naszego pisma, który jest jednocześnie pierwszym w wydaniu internetowym, bo właśnie wtedy – idąc z duchem czasu – uruchamiamy naszą stronę internetową: www.wolnadroga.pl.

Możecie tam Państwo znaleźć wszystkie wydania „Wolnej Drogi”, począwszy od wspomnianego 300-ego numeru.

11 stycznia 2002 r. dokonuje się kolejny przełom – do rąk Czytelników trafiła zupełnie odmieniona „Wolna Droga” – w nowym kształcie, na lepszym jakościowo papierze.

17 grudnia 2004 r. ukazuje się 400 wydanie… 24 października 2008 r. 500-ego… 600-ego – 31 sierpnia 2012 r… 700. – 29 lipca 2016 r… 800. – 29 maja 2020 r.

I tak z historią „Wolnej Drogi” dotarliśmy do dnia dzisiejszego – do 900 już numeru!

Okazja, jaką jest nasz jubileusz, ten „okrągły” numer, pozwala mi skreślić kilka zdań na temat tego, jak trafiłem do „Wolnej Drogi”.

Był rok 1994, kiedy to zaproponowano mi współpracę z redakcją. Rozpoczęło się od redagowania rubryki „Przegląd miesiąca”. Z czasem zacząłem pisać coraz więcej. Moje teksty zostały chyba dobrze ocenione, gdyż zaproponowano mi udział w redagowaniu pisma, jako członek kolegium redakcyjnego.
Na początku 1998 r. dostałem propozycję objęcia funkcji redaktora naczelnego. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdyż wydawało mi się, że mój staż dziennikarski, jak i stosunkowo krótka obecność w kolegium, nie pozwalają mi na objęcie tak ważnej funkcji, jaką jest redaktor naczelny.

Jednak mocno nakłaniany przez wydawcę – w końcu się zgodziłem.

I tak minęły już 26 lat, a ponad 30, od kiedy związałem się z „Wolną Drogą”, i to na dobre, i na złe.

I jeszcze jedno – policzyłem, że po raz już 581. goszczę na trzeciej stronie, i tylu uśmiechów na co dzień życzę Czytelnikom „Wolnej Drogi”, i zapraszam do lektury 900, jak i następnych wydań „Wolne Drogi”.

miroslaw.lisowski@wolnadroga.pl

https://www.youtube.com/@M.S.Lisowski-Zmigrod

 

Zacznę nietypowo, choć na czasie i a propos. Wzywam polskie władze, organizacje pozarządowe do udzielenia pomocy humanitarnej głodującej i masakrowanej cywilnej ludności w Gazie, szczególnie dzieci. Nie pozwalajmy na tworzenia getta śmierci przez Izrael. Podążajmy wzorem innych ludzi.

W szczególności apeluję do władz RP, aby – wzorem innych państw – udzieliły pomocy żywnościowej. Nie godzi się, aby w kraju, gdzie przelewa się od nadmiaru żywności zapominano o głodujących dzieciach w Gazie. Zapominały o tym rządy PIS w Syrii. Nie do przyjęcia jest obojętność nowej ekipy rządowej! Jeśli nie macie sił lub środków przekażcie ją USA lub innym ofiarodawcom.

 

Mieliśmy rację

16.02 – 19.03 czas Wydarzenia Chłopskiego, w tym bydgoskiego marca 1981. W nieodległych latach, a żyją i wspominają te wydarzenia świadkowie, miały miejsca w całym kraju: w Ustrzykach, Rzeszowie, Inowrocławiu, a szczególnie w Bydgoszczy olbrzymie protesty chłopskie. Wówczas chłopom chodziło, aby przywrócić im pełne prawa do dysponowania własnością gospodarstw, równością w obrocie produktami rolnymi, sprawiedliwymi cenami na przymusowo kontraktowane płody ziemi i hodowli, bezwarunkowe emerytury. Gwarancją miały być związki zawodowe na czele z NSZZ RI „Solidarność”.

Władze uchylały się z powodów doktrynalnych oraz dyktatu Moskwy od uznania tych oczywistych praw. W wyniku Porozumień Sierpniowych 1980 zgodziły się na jedyny w Europie system kartkowy. Groźba strajku generalnego, a przede wszystkim niemoc władz komunistycznych w rozwiązywaniu wyżywienia narodu, zaowocowały 17 kwietnia tzw. Porozumieniem Bydgoskim – uznaniem podmiotowości chłopów i zrównania ich praw z innymi obywatelami PRL.

Wprawdzie stałem się jedną z ofiar tych działań, jednak obecna tężyzna fizyczna wskazuje, że nie była to danina wielka. Już wówczas dowodziliśmy, że doktrynalny dyktat kolektywizacji jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa żywnościowego państwa nie tylko w Polsce, ale całym bloku komunistycznym. Wyzywali nas od obrońców kułaków.

40 lat gospodarowania chłopów na swoim udowodniły, że mieliśmy rację i jak bardzo się myliły władza PZPR i ZSL. Bezpieczeństwo żywnościowe, stworzone przez chłopów i uwolniona od ciężarów gospodarka, pozwoliła zrealizować reformy w miastach, łagodząc bezrobocie, odciążając bilans handlowy, a nawet eksportować nadwyżki sięgające obecnie ponad 25 mld zł.

Taka jest cena wolności, ta broniona solidarnie w marcu 1981 roku przez 17 mln uczestników marcowego protestu. Warto było!

 

Wolność Ukrainy za chłopską dolę

Dziś żyjemy w innym ustroju, a polscy chłopi są obecni ze swymi produktami w całej Europie. Ale i przez otwarte granice do Polski docierają albo tańsze produkty albo takie, których nie wytwarza polska ziemia.

Swobodny przepływ towarów i ludzi, dodam nowoczesnych technologii upraw został zakłócony przez napaść Rosji na Ukrainę i potrzebę wsparcia jej przez Polskę. Choć globalne nadwyżki w handlu zbożem wywołane przekształcaniem się Europy w równorzędnego gracza na świecie wywołały w niej poważne zakłócenia w dobrym gospodarowaniu rolników (chłopów). Można rzec wolność Ukrainy za chłopską dolę.

Dodatkowym obciążeniem, zresztą powstałym przed agresją rosyjską, było pragnienie Zjednoczonej Europy do ochrony klimatu tzw. „zielony ład”. Tak protesty i rzeczywiste postulaty wskazują, że jest ponad miarę gospodarujących na ziemi. Tego nie zbilansowano, a słuszne opracowania dziś zamieniają się w sterty znienawidzonych papierów.

 

Rząd Tuska lawiruje

Nowy rząd Tuska lawiruje między traktatowymi zobowiązaniami wobec Unii a potrzebą światowego wsparcia wolnościowych dążeń Ukrainy, które dla nas dodatkowo są barierą bezpieczeństwa ogólnego. Oznaczają bezpieczne sąsiedztwo, również na otwieranym przez Ukrainę rynku, z gwarancjami prawnymi i ochronnymi Unii Europejskiej. Przy tym nie ukrywajmy, że Bruksela, która 60% funduszy kieruje na rolnictwo, zechce tę sumę zredukować, choćby na akcesję Ukrainy. A i my, konsumenci żywności, jesteśmy zainteresowani jego obniżką. Można ją przesunąć w stronę poprawy konkurencyjności rolnictwa europejskiego m.in. przez jego jakość.

Tak więc buduje się potrzeba opuszczenia ulic i placów na rzecz dialogu w składzie: Unia Europejska, Polska, Ukraina. W ich składzie powinni uczestniczyć rolnicy. Dzisiejsze oczekiwania rolników oraz ukraiński export mogą być na czas negocjacji zawieszone do czasu osiągnięcia długookresowego i szerokiego porozumienia.

Pozostaje do rozwiązania problem doraźny owych 7 mln ton w magazynach. Rzeczywiście Europa, choć nie tylko, państwa eksporterzy: m.in. Australia, Argentyna, USA, czyli akcjonariusze pomocy Ukrainie mogliby swój eksport jednorazowo ograniczyć lub wykupić zgromadzone zapasy jako swoje udziały.

W 1982 roku w ramach sankcji przeciwko ZSRR, po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, uczynił to Reagan w porozumieniu z krajami arabskimi sprzedającymi ropę, tak by radziecka strona na zarabiała swoją na zbrojenia.

Jan Rulewski

Uśmiechnięte hordy czerwonych serduszek zagazowały i spałowały rolników z co najmniej taką samą sympatią, z jaką wcześniej ganiano i zamykano na profilaktyczne 48 godzin osoby sceptycznie podchodzące do pandemicznej histerii. Wtedy jednak buntowników przeciwko reżimowi było niewielu, dzisiaj jest to armia, więc nieco trudniej utrzymać w tajemnicy przyjacielsko ciskane kostki brukowe i pełne zrozumienia pały spadające na plecy.

Tak wtedy, w oku pandemiczno-biznesowego cyklonu, jak i dzisiaj wrzenie ogarnia wiele państw Europy. Problemy stają się co najmniej kontynentalne. Wtedy było to szaleństwo ograniczania wolności w imię pozornego bezpieczeństwa, a teraz przepychane brutalną siłą rozwiązania godzące w wolność konsumencką pod hasłem „zielonego ładu”.

Wydawało mi się przez parę chwil, że to jakiś nowy element w historii Europy. Że to fragment nowego porządku światowego, nowego ładu, coś na co trzeba zwrócić uwagę. A potem wpadły mi w rękę stare, oświeceniowe, ponad dwustuletnie „Przestrogi dla Polski” Stanisława Staszica. Dzieło publicystyczne pisane w ostatnich latach XVIII wieku, kiedy Polska w trzech krokach znikała z map świata na kilka pokoleń. Staszic próbował rozpaczliwie, ale bardzo mocno stojąc na logice i rzetelnych obserwacjach znaleźć nie tylko diagnozę, ale i receptę. Oczywiście dzisiaj wiemy, że nie był skuteczny, jego wołanie nie przyniosło Ojczyźnie wybawienia. Co nie znaczy, że nie możemy i nie powinniśmy świeżym spojrzeniem odczytywać „Przestróg dla Polski”.

A co takiego wciąż aktualnego znajdziemy u Staszica? Może tak fragment: „Gwałt zaczął wydzierać ludziom prawa. (…) Nigdzie w Europie nie ma ludzi – wszędzie niewolnicy. Nigdzie nie ma Narodu – tylko narodów panowie. Wszędzie zniszczone Prawa Człowieka – więc zniszczone Prawa Narodów. W krajach Europy narody do układu swojej szczęśliwości nie wchodzą. Owszem, nawet im prośby zanosić nie jest wolno. Tylko kilka familij wszystkich ludzi wolność rozwalnia albo uszczupla, wszystkich ludzi majątek taksuje i dochody wybiera, jak im się podoba. Nie ma więc między narodami wolności, ani własności. Miejsce Praw Narodów zastąpił despotyzm z prawem gwałtu”.

Przesadzam z szukaniem analogii? Być może, oczywiście każdy ma prawo do własnej oceny, własnej interpretacji. Popatrzmy jednak na to, jak wygląda dzisiaj Europa. Nie ma już w ogóle mowy o prawach narodów, ba – nawet wyraz „naród” zaczął zanikać, bo przecież to takie zaściankowe, nieprawomyślne, mówić o narodzie, który jeszcze przecież nie tak dawno miał masę praw, z prawem do samostanowienia na czele.

Niektórzy Czytelnicy mogą pamiętać, że pierwszy artykuł Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych z 1966 roku (podpisanego przez 165 państw!) Zapewnia właśnie prawo narodów do samostanowienia. Artykuł ten mówi także, co to znaczy. Narody mają, według tego Paktu, prawo „swobodnie określić swój status polityczny i swobodnie zapewnić swój rozwój gospodarczy, społeczny i kulturalny”.

Później w Pakcie jest mowa o prawach człowieka, o równości wobec prawa niezależnie od płci, koloru skóry, pochodzenia, religii itd., o prawach dziecka, o wszystkim tym, co dzisiaj jest dla nas oczywiste, ale… przestaje być oczywiste, że podmiotem jest naród, a nie państwo, unia państw, czy cokolwiek innego.

Pojęcie narodu dzisiaj jest traktowane z dużą rezerwą. Niektóre narody Europy same abdykowały. Jedynie co jakiś czas słychać o Francuzach, którzy nie chcą pogodzić się z duchem czasów, a Polacy wciąż są solą w oku inżynierów od kontynentalnych przeobrażeń. Czy te dwa zarzewia wystarczą, żeby zatrzymać homogenizację Europy?

Arogancja unijnych despotów rośnie w miarę wdrażania ich planu przebudowy kontynentu. „Europejski zielony ład” jest projektem, który nie ma precedensu. Garstka urzędników postanowiła ponad głowami wszystkich europejskich narodów, że zmieni całą strukturę gospodarczą i kulturową Europy. Nie przesadzam. Każdy z 10 priorytetów „Ładu” wygląda niewinnie, ale każdy z nich niesie za sobą ogromne zagrożenia. Można o nich dyskutować w nieskończoność, ale co innego jest tutaj kluczowe: oto Komisja Europejska postanowiła narzucić swoją wolę wszystkim narodom Europy nie pytając ich o zdanie!

O ile dotychczas Unia Europejska kojarzyła się z niegroźnymi dziwactwami w stylu dyskusji nad krzywizną banana, to teraz bezwzględnie zaczyna wchodzić z butami w życie zwykłych ludzi. I ci zwykli ludzie wcale się nie cieszą. Nawet jeśli pozornie ich własny rząd chce ich do radości przekonać uśmiechniętymi barierkami, sympatycznym gazem i przyjacielską pałą. Nie mówiąc już wcale o obywatelskim i partycypacyjnym bruku, który w rękach przyjaznego milicjanta staje się symbolem zielonej, zeroemisyjnej przyszłości.

Paweł Skutecki

 

paweł.skutecki@wolnadroga.pl

(Fot. Kadr z filmu; autor Mariusz Talarek)