Portal dwutygodnika
[wpseo_breadcrumb]

Felietony

Zmarł młody żołnierz, uderzony nożem przez terrorystę skrytego za barierą na granicy białoruskiej. Zabity pośmiertnie otrzymał odznaczenia i awans na stopień sierżanta, żegnał go prezydent i wicepremier. Wierzę, że prócz tych jednorazowych gestów rząd pomyśli również o stałym wsparciu dla matki, która nie może już liczyć na opiekę syna na starość. Przy okazji opinia publiczna została poinformowana o kontrowersjach związanych z sposobami ochrony granicy. Rozpoczęła się publiczna dyskusja na temat środków, stosowanych przez żołnierzy i funkcjonariuszy w celu powstrzymania grup imigrantów, próbujących się siłą przedostać przez granicę, i pojawiły się nawet niebezpieczne postulaty odpowiadania strzałami z broni służbowej na kamienie, noże i konary drzew używane przez atakujących granicę cudzoziemców.

 

Zastanówmy się razem nad sytuacją ze świadomością, że niewiele o niej wiemy. Ale co wiemy ?

Wiemy, że granicy chroni przede wszystkim Straż Graniczna – formacja powołana i przygotowana do tej ochrony, lecz sporadycznie spotykająca się z agresją w poprzednim okresie. To nie są czasy przedwojennego Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP) II RP, wielokrotnie toczącego krwawe bitwy z bojówkami sowieckimi. Straż Graniczna nie była zapewne dotąd przygotowywana do walki z zorganizowanymi grupami napastników, nie jest również do takiej walki przygotowane wspierające ją wojsko. Artylerzyści, czołgiści, saperzy WP wspierający Straż Graniczną na tzw. pasku nie są przecież uczeni  pacyfikowania demonstrantów. W tej roli mogą się odnajdywać oddziały prewencji Policji, do podobnych działań przygotowywane i szkolone. Przypominam scenę ćwiczeń ulicznych z filmu Kroll; w odniesieniu do nieproszonych gości tamto ZOMO byłoby prawdopodobnie skuteczniejsze niż wojsko, które szkoli się, by zabijać przeciwników, a nie do pacyfikowania imigrantów próbujących przekroczyć granicę. To źle, że granicę patrolują żołnierze.

Czy imigrantów można powstrzymywać ogniem z karabinków i dział ? Oczywiście, że nie – dopóki oni nie używają broni palnej. Historia zna przypadki, w których nawet pojedyncze strzały wywoływały  poważne kryzysy. Trudno przecenić znaczenie tych kilku kul, którymi w Sarajewie, w czerwcu 1914 r. Serb Gawryła Princip zabił arcyksięcia Franciszka Ferdynanda z żoną, uruchamiając lawinę zdarzeń prowadzących do wybuchu I wojny światowej.

Przypomnę też późniejsze wydarzenia, z marca 1938 r. Ktoś (prawdopodobnie przemytnik) wówczas zastrzelił na granicy polsko-litewskiej Stanisława Serafina, żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza. Incydent ten władze polskie wykorzystały do przedstawienia ultimatum Litwie, co doprowadziło do nawiązania stosunków dyplomatycznych – tj. przywrócenia normalnych relacji sprzed „buntu” oddziałów gen. Żeligowskiego, które w 1920 r. zajęły całą Wileńszczyznę wyganiając z niej Litwinów.

Co może się stać, jeśli na granicy padną strzały i zginie ktoś po drugiej stronie tzw. „płotu”, imigrant z Afganistanu, Iraku czy „pogranicznik” białoruski ?

Już „Zielona granica” p. Holland szeroko popularyzowana na zachodzie Europy stworzyła grunt pod krytykę i potępienie polskich żołnierzy i funkcjonariuszy. Brakuje nam jeszcze oskarżeń, że Polacy mordują ogniem z broni palnej niewinnych uchodźców marzących o bezpiecznym życiu.. Niestety, taka narracja ucieszy i na Wschodzie, i na Zachodzie, a i w Polsce znajdą się celebryci ją lansujący….

Albo jeszcze gorzej, jeśli dojdzie do wymiany strzałów między naszymi żołnierzami lub funkcjonariuszami a Białorusinami. Niezależnie od aktualnej oceny sytuacji politycznej nie powinniśmy zapominać, że to bliski nam, słowiański naród, z którym łączy nas historia, i po okresie kontrowersji musi przyjść znów kiedyś czas przyjaznej koegzystencji. Wojna z Białorusią nie jest nam potrzebna.

Dlatego nie można w czambuł potępiać żandarmerii, która stara się mitygować użycie broni. Oczywiste jest, że niekiedy trzeba dać strzały ostrzegawcze, lecz 43 naboje (tyle użyli aresztowani żołnierze z jednego patrolu) to w kbk AKM byłyby prawie dwa magazynki. To już spora strzelanina, bowiem w czasach obowiązkowej, zasadniczej służby wojskowej nie każdy miał okazję strzelić tyle razy przez całe dwa lata.

Konieczność rozliczania każdego wystrzelonego naboju jest oczywista. Zbyt duże zagrożenie wiązałoby się ze zbyt łatwym dostępem do bojowej amunicji. Od dziesiątków lat wojsko dba o to, by amunicja nie dostawała się w ręce przestępców i nie ma powodu ani uzasadnienia, by ten stan rzeczy zmieniać. I tak musimy się liczyć z napływem nielegalnej broni z obszaru objętego wojną.

Każdy, kto kiedykolwiek pełnił – służąc w wojsku – służbę wartowniczą wie, że obowiązujące od wielu lat zasady użycia broni są przejrzyste i jednoznaczne. Zagrożenie życia lub zdrowia żołnierza lub jego kolegów przez przestępcę korzystającego z niebezpiecznego narzędzia było i jest przesłanką użycia broni palnej. Nie oznacza to niestety, że zawsze zdążymy zareagować na niebezpieczeństwo.

Oczywistość proporcjonalnego dostosowania stosowanych środków do istniejących zagrożeń nie jest – według napływających z granicy relacji – dostatecznie uwzględniona w wyposażeniu i przygotowaniu osób chroniących granicę; żołnierze skarżą się mediom, iż nie mogą posługiwać się na patrolach nawet prywatnie nabytym gazem czy pałkami – a więc typowo policyjnymi środkami przymusu, a jeśli już je otrzymują, to nie są do ich stosowania wyszkoleni. Wydaje się, że czas skończyć już z rozwiązaniami prowizorycznymi.

Gdy prawie czterdzieści lat temu ze szpitala psychiatrycznego sąsiadującego z  jednostką wojskową, w której służyłem, uciekł wyjątkowo groźny, lecz nieuzbrojony chory, dowódca natychmiast nakazał wyposażenie wartowników w solidne drewniane pałki dbając jednocześnie o to, by na posterunki nie zabierali ze sobą ostrej amunicji. Można chyba dziś zastosować nowocześniejsze środki proporcjonalnie do zagrożenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

Trochę refleksji o tym, co się dzieje w ostatnich miesiącach. Nie sposób bowiem przejść obojętnie wobec ostatniej kampanii wyborczej i działań obecnego rządu.

Zakończyły się wybory do europarlamentu. Znawcy tematu mówią, że wiele zmian one nie przyniosą, ale czas pokaże. Przed 9 czerwca mieliśmy wiele niezwykłych spektakli i wrażeń, które zaserwowała nam koalicja 13 grudnia. Tasiemcowe komisje śledcze nie służyły przecież wyjaśnieniu jakichś spraw, tylko były elementem kampanii wyborczej. Panowie Szczerba i Joński dopięli swego i teraz będą mogli nurzać się w brukselskich luksusach. Spod szafotu uciekli Kamiński z Wąskiem, Obajtek nie dał się złapać w sidła, a Dworczyk zrobił taką kampanię, że nawet Zalewską przeskoczył.

Dowiedzieliśmy się też, po co były te wybory. Uświadomiła nam to poseł Joanna Scheuring-Wielgus mówiąc, że chodzi tu o „wolność kobiet, dziewczyn, matek, babek do decydowania o tym, z kim chcemy się kochać, a z kim nie, jak chcemy się kochać, gdzie chcemy się kochać”.

Nie wiedziałem, że to o kochaniu te wybory i myślę, że tak niska frekwencja była też spowodowana takimi wypowiedziami. No, bo jeśli ktoś tych wynurzeń posłuchał i wziął je na poważnie, to mógł dojść do wniosku, że w tak błahej a oczywistej sprawie nie ma co się męczyć i chodzić na wybory.

A jeśli już o kochaniu mowa, zasłyszałem taki dowcip. -Które państwo wygrało wybory? – I Odpowiedź: – Państwo Biedroniowie!

CI to potrafią się urządzić. Myślę, że Śmiszek z Biedroniem na dobre wybili ludziom z głowy Lewicę, czy to nową czy to starą. Przynajmniej w tej postaci, w jakiej ją dotychczas znaliśmy.

Wracając jeszcze do tych sławetnych komisji śledczych, przypomniała mi się jedna z celnych odpowiedzi prezesa Kaczyńskiego, który dopytywany o to, dlaczego bierze w nich udział, skoro uważa je za nielegalne odparł – z dobroci serca.

Rzeczywiście, trzeba mieć dużo empatii i wyrozumiałości dla ludzkich słabości. Podziwiałem zarówno szefa PiS czy posła Dworczyka, jak nie dawali się sprowokować niektórym członkom komisji i z anielską cierpliwością odpowiadali na żałosne zarzuty i złośliwe pytania. Do historii prac tych komisji przejdzie na pewno wykluczanie opozycyjnych posłów i bezustanne wyłącznie mikrofonu. Sposób na to znalazł poseł Wójcik, przynosząc ze sobą tubę. Tak, bo na głupotę można tylko wprowadzić absurd i groteskę. Inaczej zamiast poważnych przesłuchać mamy odstawiany tani kabaret.

No, cóż wkrótce sezon ogórkowy, ale nie sądzę by w polskiej polityce nastąpił spokój. Rozpędzona machina zemsty ruszyła i nie zamierza się zatrzymać. Teraz do pracy ruszą prokuratorzy, a później sędziowie. Jeśli odbiorą co niektórym immunitety, to możemy się spodziewać rozpraw jakich dawno w polskim sądownictwie nie było.

Nu, pagadi – zapowiadał Tusk i słowa dotrzymuje. Nic to, że paliwo coraz droższe, że droższe codzienne utrzymanie, że nie będzie tarcz ochronnych, że kręcą jak mogą w sprawie wielkich inwestycji, że nie słychać o małych jądrowych elektrowniach, że idą zwolnienia na coraz większą skalę. Najważniejsze jest by cały czas trwał spektakl nienawiści i szczucia na tych którzy przegrali wybory.

Tylko, że naród już obojętny. Parafrazując Norwida: -Znudzony hejtem lud wołał o czyny! Już sofistyka Hołowni przebrzmiała, już nie zasiadają w kinach z popcornem, by upajać się złotoustym luminarzem tego, co ma talent, tego co miał być prezydentem, a nie wiadomo czy w ogóle jego partia dotrwa do końca kadencji.

Naród skłócony, a siepacze Łukaszenki i Putina posuwają się zbrodni nie tylko na wojnie, ale u naszych granic. Śmierć polskiego żołnierza wywołała tylko chwilowe refleksje i strach. Szybko rządzący otrząsnęli się po tym zdarzeniu i dalej żadnych konsekwencji nie wyciągają. Koledzy zabitego obrońcy naszych granic nie zostali jeszcze przywróceni do służby. Żandarmi nie zostali ukarani. Minister Kosiniak-Kamysz liże rany po porażce wyborczej i już o swoich żołnierzach chyba zapomniał.

Najważniejsze być dobić ten wstrętny PiS i rzucić ludziom na pożarcie kolejną wyssaną z brudnego palca niby-aferę. Przedstawienie musi trwać.

Janusz Wolniak

 

 

Podpis pod zdjęciem – W czasie kampanii wyborczej masowo były niszczone materiały wyborcze, głownie kandydatów PiS

Niemal rok temu na łamach Wolnej Drogi Radosław Pyffel z Instytutu Sobieskiego, ekspert ds. polityki międzynarodowej, Azji i Chin stwierdził, że budowa Centralnego Portu Lotniczego jest koniecznością. Trudno nie podzielać tego poglądu. Nawiązując dalej do jego ówczesnej wypowiedzi należy podkreślić, że jest to inwestycja, która powinna być ponadpartyjna i powinna łączyć wszystkich ludzi w Polsce. Jeśli spojrzeć na to globalnie, czy nawet w skali europejskiej – nie planujemy szczególnie wielkiego lotniska. Szacowany przepływ pasażerów na poziomie czterdziestu milionów plasowałby je w Chinach na jakimś dziesiątym miejscu. Tyle Radosław Pyffel w wypowiedzi sprzed roku.

Projekt CPK od lat budzi kontrowersje. Koncepcja przedstawiona przez poprzedni rząd, zakładająca budowę nowego portu i sieci zbiegających się w nim połączeń kolejowych była krytykowana za megalomańskie podejście. Opozycja proponowała w zamian tańszą koncepcję duoportu i rozbudowy istniejących już lotnisk. Po wyborach i zmianie władzy o budowie ucichło, a nawet mówiło się, że koncepcja ta zostanie porzucona.

Kilka dni temu Maciej Lasek w rozmowie z „Rzeczpospolitą” stwierdził, że prace nad CPK trwają, a żaden z kluczowych procesów nie został zatrzymany. Wskazał, że potrzebny jest projekt dobrze przemyślany, nie tylko po to by najbardziej efektywnie wydać pieniądze, ale też po to, by sprostał wymogom czasów, zwłaszcza, że jego finalizacja wg najnowszych ustaleń jest planowana dopiero na połowę lat trzydziestych. Nasuwa się pytanie czy przewidziano jakie wówczas będą wymagania i jaki przepływ potoków pasażerskich?

Opozycja, będąc u władzy też pracowała nad tym projektem. Dziś ponownie pochyla się nad nim, by go zaktualizować. Mówi się, że ma być okrojony względem pierwotnych planów. Nie wiem, czy jest to właściwa decyzja. Uważam, że należy patrzeć perspektywicznie. Podobnie było z warszawskim portem lotniczym na Okęciu. Powstał w 1934 roku i wówczas był to największy cywilno-wojskowy port lotniczy w II RP. Po zniszczeniach wojennych lotnisko uroczyście oddano do użytku 27 kwietnia 1969 roku i już wówczas pojawiały się głosy, że jest zbyt małe w stosunku do potrzeb. W 1973 rozpoczęto prace nad jego przebudową, a w 1980 wydłużono główną drogę startową o 700 metrów, dzięki czemu może dziś przyjmować wszystkie typy samolotów. Patrząc z dzisiejszej perspektywy uważam, że należałoby postawić na możliwie dużą inwestycję, tak by w momencie jej rozruchu nie powstawały wątpliwości typu – a może należałoby zbudować większe, by właściwie wykorzystać nasze położenie geograficzne?

Co dalej z CPK? Budowa CPK jest uzasadniona  i powinna zostać zrealizowana. W rządzie jednak zapanowało zdziwienie i przerażenie „tym całym bałaganem”. Ale padła też ważna deklaracja, choć oficjalne wypowiedzi w ostatnich dniach są dość chaotyczne. 5 czerwca pojawiła się wiadomość, że premier Donald Tusk ma poprzeć budowę CPK. Okazała się przedwczesna. Na konferencji prasowej premier zapewnił jedynie, że koalicja ma wspólne stanowisko w tej sprawie, sugerując nieoficjalnie, że projekt zostanie zatwierdzony. Tu warto przypomnieć, że  Lewica i Trzecia Droga, popierają budowę CPK. Zabrakło jednak konkretów. Wiadomo, że resort infrastruktury pod kierownictwem Dariusza Klimczaka z PSL pracuje nad audytowaniem dokumentacji.

Wg nieoficjalnych informacji część lotniskowa ma bazować na dotychczasowych założeniach, jakkolwiek przesunięty został ostateczny termin zakończenia inwestycji do roku 2035. Jak będzie wyglądał świat i Polska za jedenaście lat? Przypomnijmy sobie infrastrukturę drogową w naszym kraju jedenaście lat temu. Od tego czasu zmieniło się naprawdę wiele. Dobrze, że w ostatnim czasie do budowy CPK przekonał się m.in. marszałek Sejmu RP Szymon Hołownia, a także Robert Biedroń, polityk Lewicy, którzy wcześniej byli jej przeciwnikami.

Za kontynuacją projektu opowiadają się również prezesi największych polskich firm, traktując go jako siłę napędową polskiej gospodarki. Duży port, stawiający na ruch transferowy przekłada się na znaczące przychody i wzrost gospodarczy. Specjaliści i eksperci z zagranicy podkreślają, że trudno jest zbudować wielkie lotnisko licząc jedynie na ruch bezpośredni. Sukces zależy od stworzenia warunków dla rozwoju ruchu transferowego o znaczącej skali. Przykładem są lotniska w Amsterdamie, Frankfurcie czy Stuttgarcie. W Europie już nie buduje się nowych lotnisk z uwagi na ograniczenia środowiskowe i normy hałasowe. Europa sama nakłada na siebie ograniczenia przez co traci pozycje na światowym rynku lotniczym. Tę sytuację wykorzystuje m.in. Turcja czy państwa z Półwyspu Arabskiego, sprawiając, że ruch lotniczy będzie rozwijał się poza Europą

W części kolejowej CPK budowa ma się skupić na unijnej sieci bazowej TEN-T, czyli transeuropejskiej sieci transportowej. Tzw. szprycha Y, czyli kolej dużych prędkości między Warszawą, CPK, Łodzią, Wrocławiem i Poznaniem ma być gotowa w 2035 roku. Padły nawet postulaty, by maksymalna prędkość wynosiła tam nawet 300-350 km/h, a nie 250 km/h, jak planował PiS, co jednak przedłuży realizację o minimum cztery lata. Co ciekawe – przeprowadzone w ostatnim czasie sondaże wskazują na przewagę zwolenników CPK nad przeciwnikami, co jak się okazało miało wpływ na ostatnie decyzje rządu. Wspomniany Y to trasa z Warszawy do Łodzi, i dalej idąca w stronę Poznania oraz Wrocławia. Będzie ona głównym elementem Kolei Dużych Prędkości. Uzyskano już zezwolenie na budowę czterokilometrowego tunelu pod Łodzią. W mieście szybkie pociągi będą zatrzymywać się na dworcu Łódź Fabryczna. Wyjście tunelu na powierzchnię przewidziano na południowy zachód od Łodzi Kaliskiej. Dalej trasa poprowadzi w stronę Sieradza, za którym będzie rozwidlenie na Poznań i Wrocław. Kolejny element KDP to kierująca się na południe Centralna Magistrala Kolejowa, dająca w przyszłości możliwość szybkiego połączenia z Pragą. Projekt jest ambitny i godny realizacji. Trzeba patrzeć w przyszłość oczami przedwojennego ministra przemysłu i handlu Eugeniusza Kwiatkowskiego. Bez jego wizjonerskich projektów dziś nie istniałaby Gdynia.

Krzysztof Wieczorek

krzysztof.wieczorek@wolnadroga.pl

 

Każda śmierć człowieka, to wielka tragedia dla rodziny i najbliższych. Ale kiedy umiera Dobry Człowiek, jest to tragedia podwójna, dla rodziny, przyjaciół, ale też środowiska, dla którego Ta osoba pracowała, działała. Taką właśnie ogromną tragedią i stratą jest przedwczesna śmierć Mirka Lisowskiego. Jeszcze tyle miał do zrobienia, nie tylko dla najbliższych, ale także dla Wolnej Drogi i środowiska, które wybrało Go do politycznej działalności. Kiedy dowiedziałem się o śmierci Mirka, myślałem, że to głupi żart. Niestety była to prawda. Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy telefonicznie a dzisiaj Mirek już nie żyje! Wiem, śmierć przychodzi nagle, bez zapowiedzi. Nie puka do drzwi i nie pyta się, czy może wejść? Często jest nagła i zawsze brutalna. Niestety nie mamy na to żadnego wpływu.

Mirka poznałem w połowie lat 90 ubiegłego stulecia. Mirek był wtedy szefem Okręgowej Sekcji Kolejarzy NSZZ Solidarność we Wrocławiu, ja wiceprzewodniczącym Okręgowej Sekcji Kolejarzy NSZZ Solidarność w Poznaniu. Spotykaliśmy się przy okazji różnego rodzaju negocjacjach związkowych. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Mieliśmy bardzo podobne zapatrywania na politykę, demokrację, działanie związków zawodowych, restrukturyzację kolei i wiele innych spraw. Mirek był bardzo pragmatyczny w związkowym działaniu. Umiał wykorzystywać swoją ogromną wiedzę do osiągnięcia związkowych korzyści. Zawsze wiedział, jak negocjować z pracodawcą, aby uzyskać jak najwięcej dla dobra pracowników. Niestety po tylu latach zacierają się szczegóły tych negocjacji, bardzo często trwających do późnej nocy.  Ja zacząłem wtedy także pisać do Wolnej Drogi. Niestety nie pamiętam, czy Mirek był już wtedy Naczelnym tej gazety. Chyba jeszcze nie, ale nie dam sobie za to uciąć głowę. Wiem jedno, to za Jego szefowania Wolna Droga przestała być wydawana na gazetowym papierze i z miesięcznika stała się dwutygodnikiem. Była dla Mirka, jak dziecko. Poświęcał jej masę czasu. Kiedy spotykaliśmy się na kolegiach redakcyjnych w małym pokoju na ulicy Piłsudskiego we Wrocławiu było widać, jak Mirek profesjonalnie i z ogromnym zaangażowaniem podchodził do każdego numeru gazety. Wszystko musiało być na najwyższym poziomie, bez żadnego fałszu. Każda informacja w naszych artykułach, musiała być oparta na faktach, każda krytyka musiała mieć swoje podstawy. Ten dziennikarski profesjonalizm Mirek prezentował do ostatnich dni swojego życia. Profesjonalizm oparty na prawdzie i dziennikarskiej uczciwości. W trakcie tych wrocławskich redakcyjnych spotkań rozmawialiśmy nie tylko o kolejnych numerach Wolnej Drodze. Z Mirkiem można było rozmawiać na różne tematy. Tworzył doskonałą atmosferę, która udzielała się całemu zespołowi redakcyjnemu. Bardzo często kolegium redakcyjne przeradzało się w forum dyskusyjne. Dyskutowaliśmy o zmieniającej się bardzo szybko kolei, która dzięki demokratycznym przemianom stawała się prężną firmą. Oczywiście nie wszystko nam się podobało w tych zmianach restrukturyzacyjnych. Mirek uważał, że kolejowa Solidarność powinna „pilnować” restrukturyzacji kolei, aby zmiany nie wpłynęły na pogorszenie warunków pracy i płacy kolejarzy. Wszyscy zgadzaliśmy się w tej sprawie z Mirkiem. Dyskutowaliśmy również o zagrożeniach polskiej młodej demokracji. Mirek uważał, że jesteśmy na początku długiej drogi w jej budowaniu. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, Mirek nie mylił się w swoich przemyśleniach. Myślę, że wraz ze śmiercią Mirka skończył się pewien etap Wolnej Drogi. Gazety opartej na ideałach Solidarności, takich jak: wolność, niezależność, prawdomówność, demokracja, przyjaźń, wiara w Boga, empatia, gotowość niesienia pomocy drugiemu człowiekowi, patriotyzm. Te wszystkie cechy uosabiał Mirek swoim postępowaniem, całą swoją osobą. To wszystko było zawarte w jego felietonach – przemyśleniach, które ukazywały się na „trzeciej stronie” Wolnej Drogi.

Do końca mojego życia będę pamiętał rozmowę z Mirkiem, jaką prowadziliśmy w pociągu, jadąc do Bydgoszczy, gdzie mieliśmy wyjazdowe kolegium redakcyjne. Było to 29 września 2022 roku. Wtedy to Mirek opowiedział mi o swoim ogrodzie, jaki ma koło swojego domu w Żmigrodzie, o roślinach, jakie w nim rosną, o swoim psie. Wymieniliśmy poglądy w sprawach ogrodowych, ponieważ i ja mam ogród. Rozmawialiśmy też o swoich pasjach. Jedną z pasji Mirka była jego miłość do muzyki, szczególnie tej rockowej a także miłość do książek. Oczywiście rozmowa zeszła też na tematy polityczne. Mirek, podobnie, jak w latach 90 ubiegłego stulecia martwił się tym, że nadal nasza demokracja nie w pełni okrzepła, że nadal trzeba ją mozolnie budować. Rozmowa była tak pasjonująca, że dopiero napis „Bydgoszcz Główna” ją przerwał. Niestety, już więcej Mirku nie porozmawiamy.

Żegnaj Przyjacielu – Dobry Człowieku

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą” – Ksiądz Jan Twardowski – poeta

Zbigniew Wolny

zbigniew.wolny@wolnadroga.pl

Kończy się wiele. Kończy się czas pokoju w Europie, kończy się partnerstwo i dialog w ramach Unii Europejskiej, kończy się także era wymieniania uśmiechów między pracownikami a pracodawcami w branży kolejowej? Narastający w niektórych spółkach konflikt może być zwiastunem poważniejszych problemów całego sektora.

Na wschodzie wojna od kilku miesięcy stanęła w miejscu. Teoretycznie takim rozwojem wydarzeń powinna być zainteresowana Rosja, która ma nieporównywalnie większe zasoby, zwłaszcza ludzkie. Tymczasem prezydentowi Rosji ewidentnie zależy na szybkim rozwiązaniu problemu. Tylko w którą stronę? Złożona niedawno propozycja rozejmu i de facto podziału Ukrainy wydaje się jedynie zasłoną dymną. Odrzucenie ultimatum może stanowić uzasadnienie do realizacji innych, dzisiaj jeszcze owianych tajemnicą, planów rosyjskiego mocarstwa. Bo cokolwiek by nie mówić, jakkolwiek by nie drwić, to Rosja jest wciąż potężnym zagrożeniem także dla polskiej niepodległości.

W ramach Unii Europejskiej także doszliśmy do ściany. Ostatnie wybory do europarlamentu niczego głębszego nie zmieniły: wciąż możemy się spodziewać systematycznego pogłębiania się ingerencji Berlina i Paryża w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. Dla nas kluczowe powinny być kwestie gospodarcze, ale nie mniej ważne jest postawienie rzeczywistej tamy dla uchodźców, którzy niekoniecznie stanowią zbiór sympatycznych lekarzy i inżynierów, jak to starają się przedstawić niektóre środowiska. Śmierć polskiego żołnierza na białoruskiej granicy powinna dać do myślenia, ale…

Gdzie nie spojrzeć, tam realizuje się wizja Karola Marksa: konflikt podszyty ideologią. Na kolei w ostatnich latach było stabilnie. Rynek pracownika i koniunktura na rynku gwarantowały kolejarzom w miarę dobre warunki pracy i płacy. Oczywiście: każdy chciałby zarabiać więcej, ale generalnie nie było poważniejszych problemów na linii pracodawca – związki zawodowe. Od kiedy inflacja dała nam się we znaki, wypłaty nieco się rozjechały z cenami, a w niektórych spółkach kolejowych głośniej mówi się o redukcjach zatrudnienia, oszczędnościach i zwolnieniach, a nie o podwyżkach. To musi rodzić niepokój, opór i złość tych, którzy pracują najciężej.

Wyrażałem już w tym miejscu nadzieję, że wszystkie strony będą potrafiły wznieść się ponad własne emocje i usiąść do stołu. Bo wbrew pozorom tych stron jest nieco więcej niż tylko pracodawca i pracownicy. To także rząd, który kreuje politykę transportową i wprost ma wpływ na strategiczne decyzje zarządów wielu spółek z tego sektora.

Czy rząd będzie chciał i umiał rozmawiać? Tego nie wiemy. Możemy mieć nadzieję. Bo przecież zawsze warto rozmawiać. Zawsze lepiej i finalnie taniej dojść do porozumienia, niż pozwolić, żeby konflikt się rozpalił i rozlał na całą branżę.

Paweł Skutecki

Przypomniałem sobie ostatnio jak jeszcze niedawno wyglądały wakacyjne podróże polskimi kolejami. Gdzieś w internecie zobaczyłem obrazek: ludzie ściśnięci jak śledzie w beczce, leżący na wąskim korytarzu. Przypomniałem sobie ten tłok, ścisk, brud. Warunki podróży jakie znamy z filmów o Indiach. Przecież to było raptem 30 lat temu. A dzisiaj?

Polska kolej przez ostatnie ćwierćwiecze przeskoczyła z XIX wieku wprost w XXI. Kupujemy bilety online, jedziemy nowoczesnymi i punktualnymi pociągami na wakacje, a w składzie wita nas uśmiechnięty konduktor. Przecież tak wyobrażaliśmy sobie pociągi wożące Niemców czy Brytyjczyków i sądziliśmy, że u nas to się nigdy nie uda. A jednak!

Od 1990 roku polska kolej przechodziła różne perypetie i różne plany rządzący mieli wobec tej branży. Jedni dzielili olbrzymie PKP na niezliczone spółki i spółeczki, sprzedawali czasem za bezcen i w obce ręce, inni konsolidowali i stawiali na duże podmioty. Jedni likwidowali połączenia i rozbierali dworce, inni je budowali i odtwarzali sieć połączeń. Różnie bywało.

Dzisiaj jesteśmy na etapie rozbudowy kolei i chyba w najbliższej przyszłości nic się nie wydarzy takiego, co mogłoby ten trend odwrócić. Kolej spełnia wszystkie oczekiwania nowoczesnego myślenia o transporcie, tak osobowym, jak i towarowym. Kolej jest bezpieczna i ekologiczna: a tego właśnie chcemy, nawet gdyby taki transport miał kosztować nieco więcej.

Kolej ma przyszłość. Kolej dzisiaj zastąpiła w pewnym sensie… wojsko. Bo przecież przez wiele wieków to przemysł militarny wyznaczał standardy, pchał postęp technologiczny i nowinki z tego sektora po pewnym czasie przeskakiwały do gospodarki cywilnej i napędzały postęp. Teraz laboratoria największych firm z branży kolejowej wyglądają niczym z filmów science fiction.

Polska ma ogromną szansę stać się europejskim, a może i światowym liderem branży kolejowej. Choć wokół CPK zgromadziły się bardzo ciemne chmury, to projekt ten wciąż nie został oficjalnie pogrzebany, wciąż jest szansa na jego realizację. A wówczas do tego sektora popłyną ogromne środki, także na badania i rozwój.

Polska lokomotywa wodorowa, efekt współpracy m.in. Orlenu i Pesy, to na razie tylko jaskółka. Jedna wiosny nie czyni, ale pokazuje trend. Pokazuje też możliwości. Polscy naukowcy, inżynierowie, przedsiębiorcy pracujący w branży kolejowej mają ogromny potencjał. Mogą wepchnąć cały kraj na tory rozwoju gospodarczego, jaki aż trudno sobie wyobrazić.

Polska dla zachodniej Europy dotychczas była wielką montownią i rynkiem zbytu. Praktycznie żadna duża sieć handlowa nie należy do Polaków. A jedno miejsce pracy w takim sklepie oznacza utratę paru miejsc pracy w okolicy – takie są fakty, gdyby ktoś chciał w dyskusji posłużyć się zabobonem mówiącym o tym, że pieniądze nie mają narodowości. Mają.

Polski rynek kolejowy działa dokładnie odwrotnie. Jedno miejsce pracy w spółkach kolejowych będących własnością skarbu państwa generuje kilka miejsc pracy w firmach kooperujących. Takie są fakty i dla rządzących to właśnie powinno być priorytetem. Polska potrzebuje impulsu, przyspieszenia, wyskoczenia z pułapki średniego rozwoju, o czym tak często mówił poprzedni premier, ale przecież widzimy to na własne oczy. Udało nam się bardzo dużo, kolej wjechała w XXI wiek i najgorsze co nas może spotkać, to wytracenie impetu.

Przecież nie działamy w próżni. Wokół nas jest kilka państw, które mają aspiracje, możliwości i wsparcie własnych rządów. Są to państwa, które stać na to, żeby skutecznie zniechęcać polskich decydentów i liderów opinii do wzmacniania polskiej branży kolejowej. Nie jest to żadna teoria spiskowa, tylko prosty wniosek wynikający z czytelnych przesłanek.

CPK może nas wcisnąć w XXII wiek. Jedyne co nas trzyma za nogawki to nasze własne obawy przed sukcesem, wyjściem przed szereg. A my chcemy być logistyczną awangardą zachodniego świata! Chcemy wyznaczać standardy i trendy, chcemy pokazać, że nas, Polaków, stać na wielkie przedsięwzięcia. Potrzeba jedynie odwagi.

Najbliższy czas będzie decydujący. Rząd musi wreszcie konkretnie się określić, czy chce powrotu do tego co było, czy umie spojrzeć odważnie w przyszłość. Nie można stać okrakiem przy tak potężnym planie gospodarczym jakim jest projekt CPK.

Marian Rajewski