Portal dwutygodnika
Strona główna Archiwum Z trzeciej strony: Piszczyk

Archiwum

Z trzeciej strony: Piszczyk

Kiedy słyszę pohukiwania różnych przedstawicieli tzw. totalnej opozycji, która teraz zwie się Koalicja Europejska w tęczowych barwach, i groźbach, że wszystkich się zamknie do więzienia, jak tylko dojdziemy do władzy – to zaczynam wtedy robić taki krótki rachunek sumienia… Czy aby jest za co?

I nie chodzi o aspekt prywatnych odczuć, czy doświadczeń, ale generalnego odniesienia do tego, co nas może czekać.

Inna refleksja to taka, jak daleko zaszliśmy w tym naszym sporze politycznym (a teraz już niestety i obyczajowym), że zamiast argumentów merytorycznym, sięga się do gróźb, i to nie tylko w sferze werbalnej…

Zresztą trwa już swoisty wyścig o to, kto będzie tym karcerem dla „pisiorów” zarządzał. Na razie na pierwszym miejscu sytuuje się Lech Wałęsa, kiedyś (niestety!) prezydent naszego pięknego kraju.

Wracając zaś do tych moim przemyśleń, to jakby sięgnąć pamięcią do nieodległej przecież przeszłości, to i nasza „Wolna Droga” była niemalże aresztowana, bo zamach na pismo był zaplanowany i realizowany, o czym uważni Czytelnicy pewnie pamiętają, bo raptem kilka lat temu to było. A skutki tej, na szczęście nieudanej operacji, odczuwamy jeszcze do dzisiaj.

I wówczas także „zamachowcy” posługiwali się wielkimi słowami o niezależności i interesie takiej czy innej spółki. A wiadomym było, że chodziło tylko i wyłącznie o to, że czyjeś ego zostało tknięte. I tego było już za wiele. To rozkaz wydano, i gremialnie spółki rezygnowały z naszych usług…

Dlaczego o tym przypominam. Nie żeby tu naszą martyrologię złotymi literami zapisywać dla potomnych… Ale by pokazać, że to środowisko, właśnie wywodzące się z PO, jest zdolne do wszystkiego. I te ich groźby naprawdę należy traktować z powagą.

Oczywiście na razie nie widać oznak tego, że zdobędą władzę i wprowadzą w czyn swoje zamiary, ale jak to mówi stare powiedzenie: lepiej dmuchać na zimne. I mam tu nie tylko na myśli zbliżające się wybory do Europarlamentu, które mają być takim testem skuteczności tego różowego wehikułu, który na jesień ma rozjechać wzdłuż i poprzek Prawo i Sprawiedliwość, by znowu było, jak było.

Warto też przyglądać się niektórym postawom, szczególnie tych bardzo oddanych i wiernych obecnie rządzącym, których gorliwość czasami może budzić podejrzenia, że jak przyjdzie co do czego, to bez wahania zmienią front, i będą jeszcze bardziej gorliwi w zwalczaniu „pisowskiego” odchylenia.

A przecież wystarczy sięgnąć do tych kilkunastu lat wstecz, by takich odnaleźć i nazwać, którzy byli wierni zawsze, bez względu na to, kto był w danej chwili u władzy. I w każdym środowisku są tacy, z imienia i nazwiska, którzy funkcjonują często na pierwszej linii frontu… Zawsze wierni… Głównie sobie.

I na chwilę wrócę do swoich doświadczeń. Kiedyś rozmawiałem z bardzo wysoko postawionym wtedy przedstawicielem władz, który oznajmił mi prosto w oczy: „Wie Pan, ja też byłem na konwencji programowej Prawa i Sprawiedliwości w Katowicach, ale nie dałem sobie zrobić zdjęcia, jak Pan”. Gwoli wyjaśnienia: konwencja miała miejsce w lipcu 2015 r., czyli jeszcze pod rządami Platformy Obywatelskiej, a ja byłem prelegentem podczas tego zgromadzenia.

To jedno zdanie wystarczyło, bym zrozumiał, w jakich to czasach żyjemy. Konformizm i koniunkturalizm w czystej postaci! Bez żadnego zażenowania głoszony wręcz publicznie.

Mało tego, ten pan za niedługo jeszcze wyżej awansował i zajmuje teraz bardzo wysoką pozycję na pierwszej linii frontu jednego z kluczowych projektów tego rządu.

Czego uczy ta opowieść jeszcze. Ano tego, że ja wówczas byłem u tegoż pana w sprawie, która dotyczyła też i „Wolnej Drogi”, i uniknięcia negatywnych konsekwencji wynikających z działań rządzących koleją w imieniu PO.

I nie załatwił nic… Bo… dałem sobie zrobić zdjęcie w Katowicach?

Powtarzam… Nie wolno bagatelizować tych gróźb. Jestem niestety dziwnie przekonany, że ci, co teraz, niczym Piszczyk w filmie „Zezowate szczęście”, wznoszą hasła: „Na Kowno!”, za jakiś czas będą wołać: „Niech żyje Koalicja Europejska!”.

I jeszcze słowo… Kiedy opowiedziałem znajomemu o tym spotkaniu z panem „od zdjęć”, on się zastanowił chwilę i powiedział: „No widzisz? I po co Ci to było? Ty chodzisz po prośbie, a pan awansuje”. Odpowiedziałem: „Masz rację, tylko historia daje wiele przykładów, jak kończą ludzie, którzy hołdują takim postawom.”

I właśnie wspomniany Piszczyk jest bardzo trafnym przykładem skutków nadgorliwości i koniunkturalizmu…

Mirosław Lisowski - podpis

Kategoria:
strona06