Portal dwutygodnika
Strona główna Archiwum „Piniendzy nie ma”

Archiwum

„Piniendzy nie ma”

W związku z tym, co się ostatnio w naszym ukochanym kraju wyprawia, chyba warto dzisiaj zacząć od cytatu. Tak więc: „…piniendzy nie ma i nie będzie” – koniec cytatu.

Zawsze myślałem, że ta słynna już złota myśl, a przy okazji wyznanie rzucone w eter przez byłego ministra finansów, zaświadczać miało o pustej państwowej kasie, dziurze budżetowej lub czymś podobnym. Teraz jednak coraz mocniej skłaniam się do stwierdzenia, że mogło to być po prostu krótkie, celne oraz genialne podsumowanie ośmiu lat rządów Platformy Obywatelskiej.

Może opacznie wszyscy zrozumieliśmy sens tego, co wówczas powiedział Jan Vincent Rostowski, a tym czasem przekaz dla nas był całkiem inny. Owszem, pieniądze może tam i gdzieś, jakieś są, ale nie ma ich dla was – kochany narodzie, przykro nam, lecz niczego lub prawie niczego od nas nie dostaniecie, ogólnie bujajcie się.

Zastanawiam się również, czy taka właśnie polityka nie nosi w sobie jakiegoś pierwiastka geniuszu, gdy oto już na wstępie dusi w zarodku wszelkie nadzieje różnych grup i ich roszczeniowych postulatów. W końcu, po co się szarpać, skoro i tak niczego się nie uzyska, ponieważ „piniendzy nie ma”. W razie gdyby ktoś – na przykład górnicy na początku 2015 roku – jednak się szarpnął, to przecież zawsze można nazwać go politycznym awanturnikiem, hucpiarzem, wywrotowcem itp.

Można wówczas jeszcze było spuścić Niesiołowskiego z łańcucha i to bez kagańca, a w ostateczności potraktować wyżej wymienionych górników z broni gładkolufowej.

Nie zapominajmy również, że w czasie tejże pamiętnej strzelaniny premierzycą była Ewa Kopacz, czyli protegowana Donalda Tuska, który to z kolei był i jest protegowanym Angeli Merkel, a więc nieformalnej cesarzowej Europy. Innymi słowy, gumowe kule trafiające górniczą brać w brzuchy, plecy, a czasem także i niestety w twarze, to były akurat kule słuszne, chroniące w Polsce ład i porządek liberalno-demokratyczny.

Tak stwierdziła ówczesna władza, a zatem także „prezydent” Unii Europejskiej, a co za tym idzie również i sama cesarzowa. Kółko się zamyka. W sumie to nawet logiczne i oczywiste, że skoro „piniendzy nie ma”, to o co jeszcze może tym robolom chodzić, jeśli nie o wszczynanie zadym dla sportu? Pamiętajmy, że to był czas, gdy nawet emeryci chodzili do lekarzy również dla sportu, jako orzekła „ministra” Mucha, a wszak człowiek, zwłaszcza kobieta, na takim stanowisku głupot mówić nie będzie.

Od tamtego czasu zmieniło się wiele, przede wszystkim okazało się, że pieniądze jednak są oraz, że jedynie „wystarczy nie kraść”, jak to onegdaj zawyrokował obecny premier w rozmowie ze swoim tatą – obecnym posłem, znanym z tego, iż kiedyś założył „Solidarność Walczącą”, a teraz głosuje na dwie ręce i szanuje Wladimira Putina.

Skoro zatem pieniądze są, to, w myśl idei Polski solidarnej, są one także dla obywateli, w dodatku dla wszystkich. Wszem i wobec oznajmiono, iż ośmiorniczki, to od teraz nie będzie już tylko frykas na pańskich stołach, że teraz wszyscy będziemy mogli się nimi opychać do woli, a rząd dobrej zmiany nam za to zapłaci, gdyż kasa się znalazła, bo przecież tylko… „wystarczy nie kraść”.

No i się zaczęło; 500 plus, Mieszkanie plus oraz kilka innych plusów, by nie powiedzieć, że same plusy, które to skutecznie przesłoniły nam minusy. Socjalizm podlany katolicko-wspólnotowym sosem zasmakował Polakom, niczym wspomniane ośmiorniczki, przegryzane wcześniej przez arystokrację Państwa teoretycznego.

Uczta trwała sobie w najlepsze, stół uginał się pod ciężarem smakołyków, a gości przybywało, aż w końcu zjawili się oni – nauczyciele. Oto weszli zwartą grupą na bankiet, wrzasnęli, iż czują niedosyt oraz, że chcą więcej, a jeśli niedostaną tego, co chcą, to przestaną uczyć naszą złotą młodzież i wyrośnie nam generacja cymbałów.

Od siebie, nieco złośliwie dodam, że moim zdaniem, to będzie już kolejna generacja cymbałów, tak więc rodzi się pytanie; kto tak, a nie inaczej, wyedukował tych poprzednich?

Nauczyciele – samozwańcza elita, która mentalnie zatrzymała się gdzieś w drugiej połowie lat 80-tych. Obserwując w telewizji takie gwiazdy ostatnich tygodni, jak Sławomir Broniarz, czy Urszula Woźniak, przestają dziwić mnie różne śmieszne (aczkolwiek, swoją drogą tragiczne) internetowe filmiki, na których kwiat młodzieży polskiej, na przykładowe pytanie, w którym roku miało miejsce Powstanie Warszawskie, odpowiada, że w 1980. Dodajmy przy okazji, że powyższy przykład wcale nie był tym najbardziej przerażającym, bywają gorsze. O wiele gorsze!

Czy więc kasta nauczycielska zarabia za mało? Odpowiem z przekąsem, że zasadniczo zawsze zarabia się za mało, ale z drugiej strony nie ma też takich pieniędzy, za które podjąłbym się ich pracy.

Ja wiem, że powoli, acz nieuchronnie, osuwam się w wiek mocno dojrzały i ogarnia mnie syndrom starego tetryka, wiecznie narzekającego na tzw. „dzisiejszą młodzież”. Zdaję sobie także sprawę, że jednostki patologiczne wśród młodych ludzi, to faktycznie jednostki, niemniej jednak skutecznie odstraszają mnie od choćby czysto hipotetycznych rozważań w temacie Marian Rajewski-belfer oraz mimo wszystko wzbudzają we mnie swoiste uczucie szacunku dla ludzi, którzy takowymi belframi zdecydowali się być.

Piszę ten artykuł ze sporym wyprzedzeniem, a więc nie wiem czy w środę, 10 kwietnia, młodzież przystąpiła do egzaminów gimnazjalnych, czy też nie. Dawno nie miałem tak mieszanych uczuć, jak w tej chwili. Z jednej strony, jak wspomniałem, mam ogromne wątpliwości, co do kompetencji dzisiejszej kadry nauczycielskiej, jednak z drugiej czuję ogromny respekt do jej poświęcenia, zważywszy na warunki, w jakich ci ludzie muszą wykonywać swoją misję.

Z jednej strony denerwuje mnie ten cały strajkowy cyrk oraz wykorzystywanie młodzieży do robienia brudnej polityki przez pana Broniarza, ale z drugiej rozumiem desperację przeciętnego nauczyciela, gdy na konto raz w miesiącu wpływa mu netto dwa i pół tysiąca złotych wynagrodzenia za jego pracę.

Z jednej strony, jako wciąż nie do końca wyleczony Korwinista, uważam, iż szkolnictwo w Polsce powinno być tylko i wyłącznie prywatne, co rozwiązałoby problem w sposób systemowy, a z drugiej zdaję sobie sprawę, że cały czas istnieją w naszym kraju pokłady skrajnej nędzy i mnóstwa rodziców zwyczajnie nie byłoby stać na opłacenie czesnego swoim dzieciom. Dlatego też szkoły publiczne są i jeszcze długo będą niezbędne.

A więc może jednak „Belfer plus”, panie Prezesie, gdyż to przecież pan ma w kraju nad Wisłą głos decydujący? No chyba, że w tej chwili już rzeczywiście „piniendzy nie ma” i powoli trzeba będzie kończyć ten bankiet…

Marian Rajewski

Kategoria:
Marian02 czecho pl