Portal dwutygodnika
[wpseo_breadcrumb]

Poza koleją

Nowy Rok, nowe nadzieje

Dwa tygodnie temu w moich przemyśleniach podsumowujących 2018 rok, pół-żartem pół-serio wyraziłem opinię, iż najbardziej pozytywnym wydarzeniem tegoż roku jest fakt, iż on właśnie za chwilę, nieodwołalnie się zakończy. Doprecyzowałem także, czemu uważam ten miniony rok za koszmarny dla naszego kraju, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich upokorzeń, jakich doznaliśmy ze strony unijnego „kolonizatora”, jak również naszych „kluczowych sojuszników” zza Oceanu oraz z Bliskiego Wschodu.

No i w rzeczy samej, na szczęście mamy ten przeklęty rok już za sobą, a jak głosi stara mądrość ludowa – z nowym rokiem, nowym krokiem – a więc sursum corda i do przodu!

Niniejszy felietonik popełniam 1 stycznia, tak więc dopuszczam ewentualność, że mój aktualny przypływ optymizmu to po części efekt sylwestrowych oparów, które chyba jeszcze nie do końca ze mnie uleciały.

Sylwestrowy wieczór spędziliśmy z żoną u przyjaciół na tzw. „domówce”, a dodam, iż owi przyjaciele, to osoby zdecydowanie lewicowo-liberalne, co z kolei stało się przyczynkiem do dwóch wniosków, jakie wypączkowały w mojej głowie.

Po pierwsze, wbrew temu, co twierdzą frontowe media – można stać po dwóch różnych stronach barykady w polsko-polskiej wojence, a jednocześnie lubić się, przyjaźnić, szanować, a nawet wspólnie napić oraz podyskutować o Polsce bez użycia ostrych narzędzi.

Po drugie, to dla mnie już w tej chwili absolutnie niezaprzeczalna oczywistość, iż dwoje ludzi żyjących w tym samym kraju, mówiących tym samym językiem i wychowanych w tej samej kulturze, może patrzeć na dany, obiektywny fakt, ale diametralnie różnie go widzieć.

Powodem tego drugiego wniosku był fragment jakiejś wypowiedzi Lecha Wałęsy, który w jednej z telewizji mówił coś o Putinie, PiS, Radiu Maryja, czyli ogólnie o tym wszystkim, o czym mówi bez przerwy. Ja jak najbardziej rozumiem, że różnie można pojmować postać byłego Prezydenta, jego historyczną rolę w polskiej historii, jego uwikłanie we współpracę z komunistyczną bezpieką w końcu jego, uzasadnioną lub nie, obsesyjną nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego, ja to naprawdę wszystko rozumiem. Nie pojmuję jednak, jak to możliwe, iż światły oraz wykształcony człowiek, za jakiego uważam mojego przyjaciela z sylwestrowej biesiady, może doszukiwać się ukrytej inteligencji oraz życiowej mądrości w tych bełkotliwych, fatalnie wyartykułowanych, pozbawionych sensu, logiki oraz stylu, wypowiedziach Wałęsy. Argumentu o robotniczym pochodzeniu absolutnie nie kupuję, gdyż on przede wszystkim obraża miliony polskich robotników. Sam poznałem ich w życiu setki i żaden z nich nie miał aż takich problemów ze składnią!

Przy kolejnej szklaneczce irlandzkiej whiskey zaczęliśmy ze znajomymi wybiegać myślami w ten rok, co to właśnie, szczęśliwie wykluł się nam z jaja. Co ciekawe zarówno oni, jako liberałowie, jak i my – zdeklarowani konserwatyści, patrzymy na niego z dużą dozą optymizmu.

Na lewicy budzi się oto nowa gwiazda w postaci Roberta Biedronia i wbrew początkowym kpinom z jego osoby, autentycznie zaczyna skupiać wokół siebie coraz większe grono ludzi o liberalnych poglądach. W tej chwili wydaje się być niemal pewne, że rok 2019 będzie czasem jego mniejszego lub większego sukcesu i przyszłe ugrupowanie Biedronia znajdzie się w polskim parlamencie, otwartą kwestią pozostaje jedynie czy o kilka, czy może nawet o kilkanaście procent przekroczy ono wyborczy próg.

Ze swojej strony muszę stwierdzić, że zjawisko społeczne zwane Robert Biedroń nie przestaje mnie zadziwiać. Pomijając już nawet inklinacje seksualne, średnio akceptowane w naszym kraju, jest w tym gościu coś tak głęboko infantylnego, że autentycznie dziwię się, iż tak wielu naszych rodaków dostrzega w nim format poważnego polityka i to, jak widać, nie tylko w wymiarze lokalnym, ale i ogólnokrajowym. Tak czy inaczej, fakt jest faktem i po błaźnie z Biłgoraja oraz po gamoniu z Madery, liberalny elektorat w Polsce ma nowego idola.

Nie muszę chyba dodawać, że także moi sylwestrowi przyjaciele są pod jego wielkim wrażeniem i już wprost nie mogą się doczekać aż ruszą galopem do urn wyborczych i oddadzą Biedroniowi swój cenny głos.

No dobrze, a co z szeroko rozumianą naszą stroną wspomnianej wcześniej barykady? Skąd mój, ostrożny, ale jednak optymizm w kontekście rozpoczynającego się roku? Przede wszystkim, wydaje mi się, że już w maju nastąpi poważne przetasowanie sił na Starym Kontynencie po wyborach do Parlamentu Europejskiego, po których to przestaniemy wreszcie być przysłowiowym chłopcem do bicia dla wszelkiej maści Timmermansów, Verhofstadtów i innych, podobnego sortu pajaców z Brukseli.

Nieuniknionym zdaje się być swoiste sprzężenie zwrotne, gdy uspokojenie zewnętrzne wokół Polski wpłynie także na mniej emocjonalny sposób patrzenia na obecną władzę wewnątrz kraju, przynajmniej przez tę część obywateli, którzy cały czas mają na względzie opinie zachodnich elit co do naszej sytuacji.

Poza tym – a co jeszcze ważniejsze – żadna z poważnych prognoz ekonomicznych dotyczących Polski nie przewiduje znaczących zawirowań zarówno w dziedzinie finansów, jak i zatrudnienia, produkcji, inwestycji i gospodarki w ogóle. Innymi słowy, wskaźniki nie tylko, że nie w dół, ale nawet cały czas lekko w górę, a wszak na temat wpływu korzystnej sytuacji ekonomicznej na poziom zadowolenia społecznego nie trzeba szerzej pisać.

Podobnie zresztą, jak i na temat wpływu owego zadowolenia na chęć zmiany danej władzy, bądź nie. W każdym razie „Byt kształtuje świadomość” oraz „Gospodarka, głupcze!” – to muszą być dwie frazy, które pan Morawiecki powinien do wyborów parlamentarnych mieć stale przed oczami, jeśli chce te wybory wygrać.

Ja ze swojej strony życzę moim Szanownym Czytelnikom, lepszego roku niż ten, który odszedł i oby dla nas wszystkich było to udane 365 dni. Szczęśliwego Nowego Roku!

Marian Rajewski

Kategoria:
nowy rok