Portal dwutygodnika

Aktualności

Słodko-gorzki

Gdy w moim ostatnim felietonie A.D.2018 podsumowywałem ten miniony rok, uznałem go za fatalny oraz wyraziłem radość, że on wreszcie się kończy.

Jedną z przyczyn tak jednoznacznie negatywnej jego oceny była pamiętna awantura wokół nowelizacji ustawy o IPN, a zwłaszcza fakt publicznej, a przy tym skrajnie niesprawiedliwej, ogólnoświatowej nagonki medialnej na nasz kraj, która nastąpiła zaraz po ogłoszeniu projektu tejże nowelizacji. Pomyślałem natomiast, że z drugiej strony, co było, a nie jest nie pisze się w rejestr, i z nowym rokiem, nowym krokiem, gdyż cała ta pamiętna zadyma spuściła trochę złej krwi z organizmu i od teraz będzie już tylko lepiej.

Niestety pomyliłem się, jak zwykle zresztą, gdy wykazuję się nadmiernym optymizmem. Nie, nie dołączę w tej chwili do wielkiego chóru publicystów rozpaczających nad ogromną niewdzięcznością „braci starszych”, nieczułych bądź ślepych na nasze zasługi względem nich. Nie chce mi się już więcej bębnić w klawiaturę o Żegocie, drzewkach w Yad Vashem oraz raporcie Karskiego, szkoda tej klawiatury, gdyż nie ma to najmniejszego sensu.

Tam, gdzie chodzi o interes, tam nie istnieje tzw. prawda obiektywna, a jedynie maksymalizacja zysków. Występuje także drugi – być może dla nas lepszy, ale być może nawet gorszy – aspekt tej całej historii, i o nim słów parę.

Wiele lat mojego życia spędziłem za granicą na zachodzie Europy i przez ten czas poczyniłem pewne obserwacje dotyczące postrzegania nas Polaków przez zachodnie społeczeństwa. Czy tego chcemy czy nie, jesteśmy tam odbierani, jako ci mniej wartościowi, mniej inteligentni, krótko oraz brutalnie mówiąc, jako po prostu – gorsi.

Co prawda żaden Anglik, Francuz czy Szwed nie powie nam tego w oczy, gdyż oni w zasadzie już się urodzili z kagańcem politycznej poprawności na ustach, ale przebywając wśród nich dłużej, to się po prostu czuje ponad wszelką wątpliwość. To jest kwestia ich mentalnej wyższości nad nami i nic z tym nie zrobimy jeszcze przez kilka pokoleń, możemy co najwyżej nie zgodzić się z faktami i zakłamywać rzeczywistość.

Ktoś słusznie zapyta, a co ma wyżej wymieniony, przeciętny Anglik, Francuz czy Szwed wspólnego z amerykańskimi czy izraelskimi Żydami, wszak oni wzajemnie również – mówiąc bardzo oględnie – nie do końca się lubią. Tak, to prawda, w istocie mieszkańcy zachodniej Europy nie przepadają za Żydami, a Żydzi odwzajemniają im te uczucia, jednakże oni się mogą nawet nienawidzić, ale jako równi sobie.

Na nas zaś i jedni, i drudzy będą patrzeć, ze słabo ukrywanym politowaniem, z góry, jako na tę swołocz z dzikiego Wschodu. Będą patrzeć, jak na gorszych! To jest właśnie klucz do zrozumienia, dlaczego nam wyolbrzymia się przewiny, czy wręcz bezczelnie kłamie na temat naszego udziału w holokauście, a Niemcom już prawie zapomniano wymordowanie przez nich połowy Europy. Ich, Żydzi może i nienawidzą, ale także czują przed nimi respekt. Nami wyłącznie pogardzają.

Tyle o sprawach niewesołych, pora na zmianę konwencji i przejście od dramatu do komedii, by nie powiedzieć… farsy.

Muszę pokornie przyznać, że nie doceniłem Grzegorza Schetyny, którego uznawałem za niewydarzonego głupka, czemu zresztą nie raz dałem tu wyraz. Gdy na jesieni 2015 roku Platforma Obywatelska z hukiem wyleciała z siodła i gdy jej notowania spadły poniżej 20 procent, a na jej czele stanął wówczas ten właśnie polityk, ja określiłem go, jako syndyka masy upadłościowej.

A jednak, wbrew nie tylko moim przewidywaniom, ten pozbawiony charyzmy, elokwencji oraz błyskotliwości, niepozorny człek, najpierw upokorzył wszystkich konkurentów po swojej stronie barykady, potem niemal całkowicie ich wykasował, aby jednak finalnie część z nich łaskawie z powrotem przyjąć pod swoje opiekuńcze skrzydła, ale już jako „bezkręgowców” oraz na własnych, grzesiowych zasadach.

Jakby tego było mało, Schetyna odbudował tę ruinę o nazwie PO i z ugrupowania będącego, jak się wydawało na równi pochyłej, na powrót stworzył solidną partię nr 2 na naszej scenie politycznej, z wyraźnymi aspiracjami do przejęcia władzy jeszcze w tym roku.

Potwierdza się zatem stara prawda o panu Grzegorzu, że może on i Shrek, może ma charyzmę zużytego kartonika po mleku, a jego zdolności oratorskie lepiej w ogóle z litości przemilczeć, ale jeśli chodzi o rozgrywki gabinetowo-zakulisowe, to nie miał i nadal nie ma sobie równych w tym kraju.

W niczym jednak nie zmienia to mojej opinii, że ta obecnie zmontowana specjalnie na wybory do euro-paśnika, Koalicja Europejska, jest farsą i to największą w naszej historii po przemianach w 1989 roku. Łączenie ognia z wodą, czyli jakichś ideologicznych, lewackich dziwadeł spod szyldu z napisem „Zieloni” z osadzonym na tradycjonalistycznej, silnie konserwatywnej wsi Polskim Stronnictwem Ludowym, to polityczna groteska.

W dodatku owe dziwadła nie zyskają na tym nic, gdyż ze swoim jednoprocentowym poparciem społecznym nie otrzymają oni żadnego biorącego miejsca na listach, natomiast wszystko może stracić PSL. Już oczami wyobraźni widzę babcię Halinę ze wsi Sobiejuchy, jak w majowe przedpołudnie, prosto z mszy, biegnie ona oddać swój głos na – postulowane wszak przez „schetynową” koalicję – związki partnerskie, aborcję na życzenie oraz wychowanie seksualne w podstawówkach.

Znamiennym w tym kontekście zdaje się być wydarzenie, gdy oto największa w kraju nad Wisłą gwiazda muzyki Disco-Polo, niejaki pan Świerzyński, spektakularnie cisnął o ziemię (a może w tym przypadku bardziej stylowo: o glebę) legitymacją Ludowców, a mam dziwne przeczucie, że to nie ostatnia tego rodzaju demonstracja.

Przypominam przy okazji, że kilkukrotnie już tu onegdaj napisałem, iż szef PSL Kosiniak-Kamysz z wyglądu przypomina mi słynnego Jasia Fasolę. No cóż, od momentu, gdy przystąpił do „grześkowej koalicji”… nie tylko z wyglądu.

Czy jednak generalnie owa farsa ma szansę na sukces w wyborach do PE? Obawiam się, że niestety ma i to sporą. Wspomniałem coś o Disco-Polo, jakże popularnym w Polsce. Również zaledwie kilkanaście lat temu babcie, matki, córki i wnuczki wspólnie mdlały na koncertach pewnego charczącego jegomościa z czerwonymi włosami, a ulice niemal pustoszały, gdy w domu Wielkiego Brata, pewien kuchcik wygadywał idiotyzmy z wyraźnym niemieckim akcentem, podczas pierwszej edycji „Big Brother Show”.

Farsa ma zatem w Polsce ogromne tradycje. Nie tylko polityczne.

Marian Rajewski

Marian05 secundum